Rozdział trzynasty?

Twarz Maata była spokojna.
Amy podniósł się. On również chwiał się na nogach.
- Coyote, kurwa. Zabierz ich stąd. To nie jest przeciwnik na ich poziomie.
Ale Coyote go nie słuchał. Wpadł w furię. W jego dłoni znalazł się nagle krótki nóż.
Carter stał jak sparaliżowany.
Maat uśmiechnął się.
- No dalej- zachęcił go.- Jeśli go nie powstrzymasz, on umrze.
- Co masz na myśli?- spytał Carter.
- To nie ja ich pokonałem- wskazał resztę.- To ON.
Na horyzoncie pojawił się cień. Był ogromny.
- Czy to?
- Jigar? Ależ skąd.To Faris.
Stwór był przerażająco szybki.
- Ale... Musimy ich stamtąd zabrać!
Maat pokręcił przecząco głową.
- Nie wychodźcie poza teren Bramy.
- I mamy ich tam zostawić?!
Carter sięgnął po broń.
- Jeśli będzie trzeba, pokonam to coś.
Loki przyjrzał się stworowi. Na jego twarzy zawitał szeroki uśmiech.
- Neto- zaczął.- Pamiętasz jak raz Generał się wkurzył, bo bez jego zgody wyruszyliśmy, żeby pokonać stwora nawiedzającego pobliską wioskę?
Skinęłam głową.
- Nie był to przypadkiem Faris?- spytałam.
Tym razem on skinął głową.
- Jak to?- zdziwił się Maat.- Przecież Faris jest na zbyt wysokim poziomie dla was.
- Może i tak, ale on jest sam, a my... Nie mamy już Mary ani Orcusa. Masz rację, Maat.
Carter roześmiał się.
- A po co nam oni?- spytał.- Poradzimy sobie bez Mary, bo ona i tak zawsze zostawała na Bramie. Poradzimy sobie bez Orcusa, bo on i tak nic wtedy nie zrobił, bo leżał w gorączce. Damy sobie radę Neto, bo MUSIMY. Musi nam się udać. Dla Coyote'a, Amy'ego, Marou i Dagona.
Skinęłam głową.
- Masz rację. Przepraszam.
- W porządku. A teraz chodźmy skopać tyłek Farisowi!
Loki uśmiechnął się.
- To przywołuje wspomnienia.
Wybiegliśmy spod bezpiecznej Bramy, zostawiając Coyote'a i zdezorientowaną Lilith.
Maat stanął nam na drodze.
- Nie wiem, jak pokonaliście tamtego Farisa, ale ten to zupełnie inna liga. Jest na poziomie... Conajmniej Paimona!
Carter wyszczerzył zęby w uśmiechu.
- Z Paimonami radzimy sobie bardzo dobrze.
Faris był już dość blisko.
- Carter! Idź z lewej!
Skinął głową i skierował się we wskazanym kierunku.
- Loki! Weź prawą stronę.
Zatrzymałam się. Stwór zrobił to samo. Bacznie obserwował każdy mój ruch. Zrobiłam krok w przód. Faris stał w miejscu.
- Carter, Loki- szepnęłam.- TERAZ!
Faris cofnął się. Loki wystrzelił. Carter skoczył na grzbiet stwora. Dalej wszystko działo się zbyt szybko. Obok mnie stanął Maat.
- Jestem pod wrażeniem. Udało się wam go unieruchomić. Co dalej?- spytał.
- Dalej muszę cię zostawić.
Wyciągnęłam zza pasa dwa noże, skoczyłam i wbiłam je jak najwyżej. Faris zawył. Nie zwróciłam na to uwagi. Wspinałam się po jego pancerzu, raz za razem wyciągając i ponownie wbijając ostrza.
Farisy wyglądały jak lekko opierzone, ogromne pancerniki. Ich pancerze były bardzo miękkie i lekkie.
Carter był już przy uchu stworzenia.
Rzuciłam mu mały granat dźwiękowy. Odbezpieczył go, wrzucił do ucha zwierzęcia i zsunął się na dół.
Po chwili oboje byliśmy już na ziemi.
Jednak nadal nie było bezpiecznie. Obok mnie znalazł się Loki. Chwilę później dołączył do nas Carter. Granat wybuchł.
To była chwila. Faris zawył przeraźliwie, po czym zwalił się na ziemię. Podeszłam do niego i wyszarpnęłam swoje noże.
Maat otworzył szeroko oczy.
- Czyżbyś była Neto, córką Generała Fene Rohkea i siostrą Jomuela?- spytał.
- Znasz Jomuela?- zdziwiłam się.- Kim ty w ogóle jesteś?
- Jestem Maat- odparł.
- Fakt. Że też sama się nie domyśliłam.

Rozdział dwunasty?

Odgłosy dochodzące z zewnątrz budziły mnie kilka razy w nocy. Jednak rankiem nastała cisza. Wstałam i rozejrzałam się. Znajdowałam się w pomieszczeniu z wysokim dachem. Na ścianach były ślady zaschniętej krwi.
Po chwili wstałam i przeciągnęłam się. W kącie leżała zwinięta Lilith. Najwyraźniej jeszcze spała.
Moją uwagę przykuł hałas w kolejnym pomieszczeniu. Idąc w tamtą stronę potknęłam się o śpiwór Cartera. Coś syknęło. Kopnęłam śpiwór. Z jego wnętrza wypadła mała kulka sierści.
- Carter!- krzyknęłam.
Chłopak pojawił się z kubkiem wody w ręce i szczoteczką między zębami.
- Szo (Co)?
- Co tu robi Fred?- spytałam.
- Szpi (Śpi)- rzucił.
- To widzę. Ale dlaczego tutaj?
Uniósł dłoń, po czym zniknął. Po chwili pojawił się z małym ręcznikiem przy twarzy.
- Miałem go zostawić w wiosce? Według ciebie byłbym w stanie go zostawić na pastwę Saameda?- spytał.- A może z twoim ojcem?
Westchnęłam.
Nie byłby w stanie.
Zapadła niezręczna cisza.
- A co wy tacy ponurzy od rana?- spytał Coyote, przechodząc przez Bramę.
Nagle rozległ się krzyk.
Coyote obejrzał się i stanął jak wryty. Carter stanął obok niego w pełnej gotowości.
- Chyba będę potrzebował waszej pomocy- stwierdził ponuro Coyote.
Podeszłam do Bramy.
Na piasku stała postać. Dookoła niej stała reszta Pustynnych Węży. Zostali pokonani.
Odruchowo sięgnęłam po jeden z noży zatkniętych za pas.
Carter chwycił mnie za nadgarstek.
- Tym razem się przyjrzyj.
Spojrzałam na postać. Jej długie włosy były prawie białe. W dłoniach nie miała żadnej broni. Okryta była czarnym płaszczem. Postać odwróciła się w naszą stronę.
- Kto to?- spytałam.
Coyote zacisnął pięść.
- Me imię brzmi Maat- szepnęła postać.
Jej głos był donośny. Spojrzałam w puste oczy.
- Co to jest?- spytała zaspana Lilith.
- Maat- rzucił Carter.
W tym momencie Amy podniósł głowę.
- Coyote...- zaczął- Za-zabierz ich stąd.
Coyote przygryzł wargę.
- Na co czekasz?- spytał Amy.- ZABIERAJ ICH STĄD!
Marou wstał. Chwiał się na nogach i wyglądał, jakby zaraz miał upaść.
- Damy sobie z nim radę, więc się nie wtrącajcie.
Coyote opuścił wzrok, po czym podniósł go i hardo spojrzał w twarz Maata.
- Myślisz, że kim do cholery jesteś? Jakimś pierdolonym aniołem?- spytał.
- Jestem kimś więcej niż aniołem- stwierdził Maat.
- Tym gorzej dla ciebie, bo tak się składa, że ja, Coyote Ovela, nie wierzę w anioły!
Jego oczy płonęły wściekłością.
Spojrzałam na Cartera.
On też nigdy wcześniej nie widział takiego Coyote'a.

Rozdział jedenasty?

Amy spojrzał na mnie i uśmiechnął się.
- Neto, czekałem na ciebie- szepnął.
Moja dłoń instynktownie ruszyła w kierunku pasa.
- Nie rób tego.
Loki złapał mnie za nadgarstek.
- Przyjrzyj się.
Nie słuchałam go. W jednej chwili nóż znalazł się w mojej ręce i leciał w kierunku Amy'ego.
Chłopak westchnął.
Gdy ostrze było tuż przed jego twarzą, zatrzymał się. Na jego rękojeści spoczywała dobrze mi znana dłoń.
- Co ty do cholery robisz, Neto?- Carter z całą siłą rzucił nóż w ziemię.
- Ja...-zaczęłam.
- Daj spokój, Carter- uspokoił go Coyote.
- Ja na jej miejscu też bym tak zareagował- dodał Amy.
Podeszłam do Cartera i chwyciłam nóż.
- Nie wyciągniesz, bo...- zaczął.
Ale nie dałam mu skończyć. Szarpnęłam i wyrwałam nóż ze sporym kawałkiem... czegoś.
- Bo w coś się wbił... Się...
- Zauważyłam. Dzięki, Carter- warknęłam.
Obejrzałam znalezisko. Był to spory kawał drewna.
- Korzeń?- zdziwił się Loki.
- Na to wygląda- potwierdził czarnowłosy towarzysz Coyote'a.
- Nie o to mi chodzi. Skąd wziął się tutaj korzeń? Jeśli jest korzeń, to musi gdzieś być roślina- wyjaśnił.
Lilith podeszła do mnie i obejrzała korzeń.
- To nie byle jaki korzeń. Baobab- stwierdziła.
Spojrzeliśmy na nią, oczekując wyjaśnienia.
- Baobaby to drzewa, które w czasach Starożytnych były jednymi z najpotężniejszych na całym globie.
- Co z nich można mieć?- spytałam.
- Jeśli znaleźlibyśmy baobab, to jego owoce i liście rozwiązałyby problem pożywienia. Ale znalezienie w tych czasach drzew jest niemożliwe.
Coyote uśmiechnął się.
- Poszukajmy razem- zaproponował.- Ale to dopiero jutro.
- Zaczyna się ściemniać- dodał czarnowłosy Dagon.
Ruszył w stronę metalowej budy. Była podobna do Bramy. Ruszyliśmy za Dagonem. W środku czekał na nas ostatni Pustynny Wąż. Krótkie, ciemne włosy odgarnięto do tyłu tak, że całkowicie odsłaniały oliwkową twarz. Długa blizna zdobiła środek jego twarzy, przechodząc przez nos. Przyjrzałam się jego odzieniu. Ubrany był w czarną podkoszulkę i bojówki, które podtrzymywał pas ze skóry Chaców. Do pasa przytroczone miał oprócz bata liczne granaty dźwiękowe. Nie zauważyłam u niego żadnego noża, co było niemożliwe. Noże stanowiły podstawową formę obrony.
- Czy to nie córka Generała?- spytał.
- A ty to?- spytałam, starając się zachować obiektywny ton.
- Nikt ważny- odparł.
Coyote podszedł do Bramy i spojrzał w dal.
- Zbliżają się- szepnął.
Carter stanął koło niego i spojrzał w tym samym kierunku. Nagle zbladł.
- Co to do cholery jest?
Znikąd obok nich pojawił się Amy.
- To? Sfinksy.
Stanęłam obok nich, czego od razu pożałowałam. Zemdliło mnie na sam ich widok. Sfinksy okazały się być najokropniejszymi istotami stąpającymi po tej suchej i zniszczonej ziemi. Ich długie, gęste futro zlepione było krwią, czarne, aczkolwiek puste i ślepe oczy wzbudzały lęk, ostre, zżółkniałe zęby ociekały krwią, a długie uszy poruszały się, wychwytując każdy dźwięk.
- Czy coś takiego ma prawo istnieć?- spytała Lilith.
- Ukko, Paimon i wszystkie inne stwory, które pokonaliśmy są niczym w porównaniu z tym- szepnął Loki z podziwem.
Amy skinął głową.
- Wcale nie są takie silne- stwierdził "nikt ważny".
- Liczę na ciebie, Marou- Coyote uśmiechnął się.
Ciemnowłosy Marou wyszedł zza Bramy i ruszył w kierunku Sfinksów. Odbezpieczył jeden z granatów i rzucił w kierunku stworów. Ich zachowanie kompletnie mnie zdezorientowało. Nie cofnęły się, ale zaciekawione podeszły bliżej. Gdy znalazły się przy granacie, Marou wyciągnął z kieszeni małą kulkę i strzelił nią w najbliższego Sfinksa. Jak tylko znalazła się nad grupą stworów, wybuchła. Był to granat dźwiękowy najnowszej generacji. Był tak silny, że słyszeli go nawet ludzie.
- Wyobraź sobie ból, jaki muszą czuć istoty z mocno rozwiniętym narządem słuchu- szepnął Coyote.
Wzdrygnęłam się.
- Czy one...- zaczęłam.
Z uszy Sfinksów poleciała krew.
- Popękały im bębenki- wyjaśnił Dagon.- Sfinksy są ślepe, przez co mają niezwykle rozwinięty zmysł słuchu. Głuchy Sfinks nie ma prawa przeżyć.
Nagle rozległ się cichy pisk.
- Co to było?- spytał jak zawsze spokojny Loki.
- Echosonda- wyjaśnił Amy.- To tak Sfinksy "widzą".
- Ale... Głuchy nie powinien się nią posługiwać, prawda?- spytała przerażona Lilith.
Coyote skinął głową.
- Chłopcy, wkraczamy- rozkazał.
Piąty Oddział Pustynnych Węży wybiegł na piach. Każdy z nich walczył innym rodzajem broni. Oprócz tego mieli swoje baty, które były cechą rozpoznawczą ich oddziału. Marou sprawnie wykorzystywał właściwości broni dźwiękowej, Amy posługiwał się kijem do baseballa, Dagon walczył długim rapierem, a Coyote doskonale radził sobie z nożami wszelkiego rodzaju i bronią palną. Właśnie w tym momencie nadeszła pora na prezentację ich możliwości.
- Już dawno nie widziałem Pustynnych Węży w akcji- Carter był oczarowany.
Marou wrócił do nas.
- Lepiej zostańcie w środku- rzucił.- Pojawił się nowy Sfinks... Prawdopodobnie jest to Sfinks.
Wpisał szybko kod zamykający i wybiegł za Bramę. Chwilę później opadła na piach. Jednak nie była taka jak Główna Brama. Stała przed nami po prostu przezroczysta ściana.
- COYOTE!
Carter naparł na ścianę. Jednak ta pozostała niewzruszona.
- Cholera... Coyote...- głos mu się załamał.
W jego oczach pojawił się lęk. Carter bał się, że Coyote i jego oddział już nie wrócą.
W tym czasie Loki podszedł do panelu sterowania. Obejrzał go z każdej strony i wcisnął przypadkowe klawisze. Brama zgrzytnęła i uniosła się. Carter wystrzelił jak z procy.
- Skąd wiedziałeś jaki jest kod?- spytałam Lokiego.
Uniósł panel i obrócił go.
- Znalazłem go pod panelem- oznajmił z uśmiechem.
Uśmiechnęłam się i ruszyliśmy za Carterem.
Stał jak wryty na samym szczycie wydmy. Patrzył w dal.
Spojrzałam tam, gdzie on. Na tle horyzontu widniał ogromny cień. Wielkie skrzydła miały rozpiętość co najmniej siedmiu metrów. Wiatr rozwiewał długie, cienkie pióra.
- Jakie to...- urwałam, szukając odpowiedniego słowa.
- Wielkie- rzucił ponuro Carter.
Skinęłam powoli głową.
Ogromny stwór leciał powoli w naszą stronę. Nie wyglądał jakby się spieszył. Jednak nie wyglądał również jakby miał pokojowe zamiary. Zresztą nic tutaj nie było do nas pokojowo nastawione.
Zsunęłam się po piasku. Carter podążał za mną.
Nawet nie zauważyliśmy, kiedy wbiegliśmy między martwe cielska Sfinksów. Rozejrzałam się wokół. Wszędzie leżały trupy. To nie była walka Pustynnych Węży ze Sfinksami. To była jednostronna masakra. Na cmentarzysku wyróżniały się cztery sylwetki. Piąty Oddział Pustynnych Węży wpatrywał się z dumą w swoje dzieło.
- Jesteście potworami- podsumowała całą tę sytuację Lilith.
- Dziękuję- Coyote wyszczerzył zęby.
W tym momencie rozległ się wściekły ryk. Jego potęga uświadomiła mi niewielkość rasy ludzkiej.
Spojrzałam na wielkiego stwora. Był ogromny. Z całą pewnością przewyższyłby najwyższy budynek w Podziemiu. Nie widziałam go nigdy wcześniej, jednak wiedziałam czym był.
- Jigar- szepnęłam.
W blasku zachodzącego słońca dało się zobaczyć dokładnie jego inteligentne spojrzenie, ostre kły, długie, grube pazury, potężne skrzydła, a to wszystko skąpane w złotej sierści i płomiennych piórach. Jego wielkie, jasne oczy hipnotyzowały i sprawiały, że nie można było oderwać od nich wzroku. Był piękny, jednak był najniebezpieczniejszą istotą jaka dotąd chodziła po tym świecie.
Coyote złapał mnie za ramię i odciągnął na bok.
- Zmywamy się.
Skinęłam głową.
Przy wydmie czekał na nas Amy.
- Jest źle, Coyote. Nawet my nie damy rady z Jigarem.
- Zabierz Lilith, Lokiego, Cartera i Neto do środka. Zaraz do was dołączymy.
Amy skinął głową.
Carter spojrzał na mnie niepewnie.
- Idziemy- zadecydowałam.
Weszliśmy do środka. Amy stanął przy Bramie i obserwował Jigara. Carter zaniósł nasze bagaże do dalszej części. Lilith przetwarzała części ciał Sfinksów. Loki natomiast obserwował Jigara pod względem naukowym. Na tyle, na ile było możliwe, badał jego zachowania.
Nagle rozległ się pisk. Marou odpalił kolejny granat dźwiękowy. W przeciwieństwie do Sfinksów, Jigar nie zwrócił na to uwagi. Zauważył za to Coyote'a, Dagona i Marou. Biegli w naszą stronę.
- ZAMYKAJ!- krzyknął Coyote, gdy byli już blisko.
Amy dopadł do panelu sterowania i wpisał odpowiedni kod. Brama zaczęła opadać. W ostatniej chwili oddział Coyote'a wsunął się przez szczelinę.
Tym razem Brama była nieprzezroczysta.
- Miejmy nadzieję, że nie przejdzie przez naszą metrową, stalową ścianę- stwierdził Dagon.
Pół godziny później Brama ciągle stała w tym samym miejscu.
Oparłam się o ścianę.
- Dobranoc, Neto- szepnął Carter.
Ostatnim, co pamiętam z tamtego dnia były jego odchodzące kroki.

***

Wiem... Rozdział długi i może trochę nudny... A może właśnie za dużo się dzieje? No, nieważne.
Jeśli macie jakieś pytania odnośnie czegokolwiek (oczywiście dotyczącego Land of the Future), piszcie:
allienada@gmail.com

Rozdział dziesiąty?

Po tych słowach zapadła cisza.
Lilith cały czas była strasznie blada. Carter też był nieswój. Ale nie ma się co dziwić. Nawet tu rzadko spotyka się ludzkie trupy.
Jednak mnie dodawało to w pewien sposób otuchy. Tam, gdzie był trup, byli też ludzie. A tam, gdzie byli ludzie, znaleźć można schronienie i ciepły posiłek.
Szliśmy przed siebie przez kolejną godzinę.
Nagle Loki zatrzymał się.
- Co jest?- spytał Carter.
Blondyn uciszył go ruchem ręki. Następnie pochylił się nad ziemią i wskazał nam cienką, metalową żyłkę.
- Tylko jedna osoba takich używa- Carter wyraźnie się ucieszył.
Spojrzeliśmy na wzgórze przed nami. Stało tam czterech mężczyzn. Jeden z nich ruszył w naszą stronę.
- Coyote!- krzyknął Carter.
Coyote pomachał do niego.
- Co tu robicie?- spytał.
- Odkrywamy nowe tereny- wyjaśniłam.
- Długa Służba?- zdziwił się Coyote.
Skinęłam głową, na co gwizdnął z podziwem.
- I Fene się na to zgodził?
Uśmiechnęłam się zakłopotana.
- W sumie to nie miał wyboru.
Coyote uniósł brew.
- Więc zabierasz mojego małego Cartera tam gdzieś?- spytał.
Skinęłam głową.
- I idzie tylko wasza czwórka?- upewnił się.
Ponownie skinęłam głową.
- No to w porządku...
- A ty co tu robisz?- spytał podejrzliwie Loki.
Coyote zignorował go i ruszył w stronę swojego oddziału.
- Hej!- krzyknął Loki.
Piąty Oddział Pustynnych Węży odwrócił się od nas. Cała czwórka stała tyłem do nas.
- Coyote? Co się stało?
Zielonowłosy Amy, stojący po prawicy Coyote'a, spojrzał na nas przez ramię. W jego spojrzeniu kryło się rozbawienie.
- Co to za wypłosz?- spytał wkurzony Carter.
- Amy, prawa ręka twojego przyszywanego brata- rzuciłam.
- Nie kojarzę.
Amy uśmiechnął się, jakby słysząc naszą rozmowę. Było w nim coś niepokojącego.
- Kim on właściwie jest?- spytała Lilith.- Nie przypominam sobie, abym widziała go w wiosce.
- Bo nie był tam od ośmiu lat- wyjaśnił Loki.
Spojrzałam na niego zdziwiona.
- Jak to? To jest TEN Amy?!
Skinął głową.
W tym czasie oddział Coyote'a zniknął nam z oczu. Carter przyspieszył.
- Nie goń ich- rozkazałam.
Zignorował mnie.
- Carter!
Zacisnął zęby i zatrzymał się.
- Przykro mi, Neto, ale jest coś, co muszę zrobić- rzucił.
Pobiegł za Pustynnymi Wężami.
- Carter? Carter!
Ruszyłam za nim. Gdy dotarłam na wzgórze, zatrzymałam się. Chciałam iść dalej, jednak moje nogi odmówiły posłuszeństwa. Przed sobą widziałam plecy Amy'ego. W ręce trzymał specyficzną broń Pustynnych Węży.
- Amy? Gdzie jest ten idiota?- spytałam.
Koło mnie stanął Loki. Lilith została z tyłu.
- Amy, co tu się stało? Gdzie Carter?
Amy odwrócił się powoli. Jego koszula była zakrwawiona. Bat również. W drugiej dłoni trzymał zabrudzony kawałek materiału. Spojrzałam na jego twarz. Również była we krwi. Oczy miał zamknięte. Gdy je otworzył, cofnęłam się. W jego spojrzeniu kryła się żądza krwi.

Rozdział dziewiąty?

Stałam przed bramą, nie mogąc uwierzyć w to, co się właśnie stało. Mój własny brat wypchnął mnie na pastwę losu.
Lilith zaśmiała się.
- A więc to tak zacznie się nasza podróż.
- Nie byłaś jeszcze nigdy tutaj, prawda?- spytał Loki.
Pokręciła głową.
- Tu jest niesamowicie!
Chciałabym pałać takim zapałem jak ona, ale każdy, kto spędził choć jedną noc na powierzchni, nie mógł sobie na to pozwolić. Wysokie zaspy kryły wiele stworzeń, które wypełzały pod osłoną nocy. Także pozornie bezpieczne jaskinie były piekłem. Jedynym schronieniem były wysoko położone punkty, jednak i tam nie było pewności, że uda się przeżyć noc.
Zmarszczyłam nos i z całej siły kopnęłam wielkie, metalowe wrota.
- Niech cię szlag, Jomuel!- krzyknęłam, jednak brama pozostała na swoim miejscu.
Carter uśmiechnął się.
- Idziemy?- spytał.
- A co innego możemy robić?- warknęłam.
Loki uwiesił się na nas.
- Zawsze możemy czekać, aż coś nas zje- zaśmiał się.
Dotarło do mnie, że to koniec życia jakiego znałam i początek czegoś zupełnie nowego. Zupełnie mi to odpowiadało i tylko jedno mnie martwiło. Mianowicie ile czasu minie, zanim będziemy musieli walczyć?
Odsunęłam na bok czarne myśli i uśmiechnęłam się. Ruszyliśmy przed siebie.
Kusiło mnie, aby jeszcze raz spojrzeć na bramę, jednak byłoby to sprzeczne z zasadami Dzieci Pustyni.
- Nie oglądaj się za siebie...
Lilith podbiegła do przodu i odwróciła się twarzą w naszą stronę.
- To dokąd idziemy?- spytała.
Loki wzruszył ramionami. Cała trójka spojrzała na mnie jak na dowódcę.
- No co? Nie jestem już waszym dowódcą. Sami musicie zdecydować...
Carter roześmiał się.
- Pamiętaj Neto, że przywódcą Drugiego Oddziału Dzieci Pustyni jest się do końca.
- Ale koniec Dzieci Pustyni nastąpił niecałą godzinę temu- przypomniałam mu.
Prychnął.
- Więc co tu robimy?- spytał.
Loki uśmiechnął się.
- On ma rację, Neto. Nawet jeśli rozwiązałaś oddział, to ciągle jesteśmy Dziećmi Pustyni.
Nagle Lilith pisnęła.
Odruchowo wyciągnęłam zza pasa dwa noże, Loki chwycił swoją ulubioną broń- mały pistolet o długiej lufie, a Carter wybiegł w przód, ściskając w ręce masywny łańcuch. Po chwili zniknął mi z pola widzenia.
- W porządku- usłyszałam, po czym skierowaliśmy się w stronę, w którą podążał Carter.
Chłopak stał na piachu parę metrów od nas. Obejmował ramieniem przerażoną Lilith.
- Co się stało?- spytałam.
Spojrzałam na Lilith. Była strasznie blada. Wielkie oczy patrzyły na mnie z przerażeniem. Cała drżała.
- Zabierz mnie stąd...- szepnęła.
Loki spojrzał na nią pytająco.
- Nie chcę tu być... ZABIERZ MNIE STĄD, NETO!
- Carter, co się stało?- powtórzyłam.
Odwrócił wzrok.
- To coś- kopnął leżące na piachu truchło- zabiło tamtego nieszczęśnika- wskazał zabrudzony szkielet. Jednak najbardziej martwi mnie to, że...- przełknął ślinę.
- Coś go zabiło- dokończył Loki.- I to całkiem niedawno.
- A to znaczy, że ciągle może tu być.
Lilith rozejrzała się nerwowo.
- Co to mogło być?
Loki obejrzał truchło i zmarszczył czoło.
- Sądząc po śladach... Marou lub Enlil.
Przygryzłam wargę.
- W którą stronę poszedł?- spytał Carter.
Loki wskazał kierunek, z którego przyszliśmy.
- Czyli... Nie ma się czym martwić?- spytała niepewnie Lilith.
Pokręciłam przecząco głową.
- Zawsze jest się czym martwić.
- To dosyć smutne- stwierdziła.
- Witaj w "świecie jutra"- mruknął Carter.

Rozdział ósmy?

Moja decyzja wstrząsnęła wioską jak wiosenne trzęsienia ziemi. Nikt nie spodziewał, się, że najlepszy oddział (pomimo tego, że najmłodszy) zostanie rozwiązany.
- To nie ty o tym decydujesz, młoda damo.
Prychnęłam.
- Jestem dowódcą tego oddziału i wydaje mi się, że to jednak ja o tym decyduję. I zdecydowałam! Drugi Oddział Dzieci Pustyni zostaje rozwiązany, a ja wyruszam na Długą Służbę.
Moje słowa dudniły echem wśród piaszczystych kolumn.
Uśmiechnęłam się, po czym ruszyłam w stronę swojej kwatery. Bo przecież muszę się spakować.
Przed domem czekała na mnie Mara. Wyglądała na zatroskaną.
- Nie będę mogła z wami iść- wyszeptała smutno.
- O co chodzi?
- Pamiętasz, jak mówiłam ci, że Amon był medykiem?- spytała i nie czekając na odpowiedź kontynuowała.- On... Pomógł mi w trudnym momencie. Miałam coś z sercem i nikt nie potrafił mi pomóc. Potem trafiłam na niego i on... Uleczył moje serce, jednak to było tymczasowe i wymagało odnowienia... Z upływem czasu coraz częściej się do niego udawałam. I... Nie zostało mi wiele czasu.
- Odnajdę Amona- obiecałam, zanim zdałam sobie sprawę, z tego, co robię.- Przyrzekam!
Westchnęła z ulgą.
- Dziękuję- wyszeptała i łzy popłynęły z jej oczu.
Położyłam dłoń na jej ramieniu i ruszyłam dalej.Weszłam do długiego korytarza i skierowałam się na koniec. Były tam czarne drzwi, przez które weszłam do środka. Położyłam paczkę od Lilith na niskim stoliku i przeszłam do sypialni. Zza materaca wyjęłam średniej wielkości plecak i zaczęłam się pakować. Piętnaście minut później skończyłam, i, omiótłszy wzrokiem wszystkie szafki, półki i inne miejsca, pozamykałam wszystko dokładnie i po raz ostatni (przynajmniej na dłuższy czas) przeszłam przez próg mojego domu. Zacisnęłam pięść na małym kluczyku, który pasował do każdego zamka w moim mieszkaniu, i skierowałam się do windy.
W całkowitej ciszy wjechałam do wartowni. Gdy drzwi otworzyły się, moim oczom ukazała się ciemność. Instynktownie skierowałam się do głównego zamka.
W tym momencie drzwi same otworzyły się. Za nimi stali Carter i Loki. Uśmiechnęłam się do nich.
- Jesteście pewni?- spytałam.
- Czemu taka zabawa miałaby nas ominąć?- spytał Loki.
Obok mnie stanęła Lilith.
- Ruszamy?- spytała.
- Orcus?
Carter pokręcił przecząco głową.
- Został, aby opiekować się Marą. Uznał, że skoro i tak walczy najgorzej z nas wszystkich, to będzie bardziej użyteczny tutaj.
Uśmiechnęłam się smutno.
- Musimy się jakoś nazwać- stwierdziła Lilith po chwili.- Co sądzicie o Legalnej Innej Luźnej Indywidualnej Trupie Herosów? W skrócie Lilith.
Loki roześmiał się. Jego wesoły i niosący nadzieję śmiech unosił się w powietrzu przez dłuższy czas.
- Nie za bardzo czujesz się jedną z nas?- spytał Carter.
Zmarszczyła czoło i prychnęła.
- To wy jeszcze tutaj, Dzieci Pustyni?- za moimi plecami rozległ się głos.
Momentalnie odwróciłam się i stanęłam twarzą w twarz z Jomuelem.
- Generał Rohkea zaraz to wpadnie ze swoją obstawą, więc jeśli chcecie się zmywać, to teraz.
Prychnęłam.
- Serio, Neto- rzucił.- Po kim jak po kim, ale po tobie to bym się więcej spodziewał. Zwykłe "dzięki" by wystarczyło.
- Dzięki, a teraz spadaj- rzucił Loki.- Skoro Fene tu idzie, to wpadnie w szał, jak ciebie też tu zobaczy...
- Nie żeby coś, ale to ja wróciłem żywy po dwóch miechach tam- wskazał ręką pustynię, po czym wypchnął nas na zewnątrz i z uśmiechem zatrzasnął bramę.

Rozdział siódmy?

Od razu usłyszałam sygnał alarmu. Szybkim krokiem podeszłam do Lokiego.
- Co się dzieje?- spytałam.
Loki spojrzał na mnie. Był strasznie blady.
- Wrócił Jomuel- wyszeptał prawie bezgłośnie.
Jomuel to mój starszy brat, który dwa miesiące temu wyruszył na Długą Służbę. Polega ona na tym, że samotny wojownik (w sumie to może to też być grupa wojowników, ale nieważne) wyrusza na Powierzchnię w celu odkrywania nowych terenów łowieckich lub innych miejsc. Ogółem- bardzo niebezpiecznie i marne szanse na powrót do domu. Jednak wybitni wędrowcy powracają. Jednym z nich jest Jomuel. Stał teraz na głównym placu, dumny, obojętny i oświetlony reflektorami, które włączano tylko w ważnych momentach. Przy placu zebrała się grupka ludzi.
- Kto stoi przy bramie?- spytałam, omiatając tłum spojrzeniem.
Wszystkie grupy były obecne tutaj. Brakowało jedynie Cartera, ale on nigdy nie brał udziału w takich wydarzeniach.
Loki wzruszył ramionami.
- Nie mam pojęcia.
No tak. Nasza warta się skończyła, więc nikogo już nic nie obchodziło. Westchnęłam, po czym podeszłam do ojca.
- Patrz! Patrz!- jego twarz promieniała.- To mój synek!
- Tato... Proszę cię. Nie kompromituj się- rzuciłam.
Spojrzał na mnie z uśmiechem.
- Pomyśl, co by się działo, gdyby Jomuel poprowadził grupkę wyszkolonych wojowników.
- Śmierć.
Fene prychnął.
- Po kim ty masz taki pesymistyczny charakter?- spytał.
- Na pewno nie po tobie- rzuciłam z przekąsem.
- Ale na serio się zastanów. Wspaniały wojownik po dwumiesięcznej Długiej Służbie, prowadzący w bój czteroosobową grupkę najlepszych wojowników naszej wioski...
- Czteroosobową?- zdziwiłam się.
W naszej wiosce nie było aż tylu ludzi, żeby stworzyć taki oddział.
- No tak. Loki, Orcus, Mara i Carter to cztery osoby...
- Ale to mój oddział!- krzyknęłam.
Parę osób spojrzało na nas zdziwionych. Wśród nich rozległy się szepty. Nie dziwię im się. W końcu... Niezbyt często kłóciłam się z ojcem.
- Neto, rozmawialiśmy już o tym. Jesteś kobietą, a do tego córką Generała. Nie możesz się tak narażać...
- Powiedz to swojemu pierworodnemu- rzuciłam zbyt cicho, żeby usłyszał.
Cofnęłam się, chcąc odejść, jednak koś stał za mną i uniemożliwił mi ucieczkę.
- Żądam pozwolenia na odbycie Długiej Służby- usłyszałam.
Odwróciłam się momentalnie i zaparło mi dech w piersiach.
- Proszę... Nie idź- wyszeptałam.
Nie przeżyłabym tego.
- W porządku, mała- Carter uspokoił mnie.- Nic mi nie będzie.
Przypomniałam sobie o moim spostrzeżeniu z czasu ataku na wartownię.
- Idę z tobą- rzuciłam.
Fene Rohkea spojrzał na mnie. W jego oczach kryła się wściekłość, a to znaczyło, że miał wobec mnie inne plany. Na nieszczęście dla niego, nie jestem typem osoby, której można cokolwiek narzucać.
- Drugi Oddział Dzieci Pustyni wyrusza na Długą Służbę, w celu odnalezienia Amona, syna Atafa!- oznajmiłam.
Jomuel przyglądał mi się z rozbawieniem.
- Też pójdę.
Spojrzałam na Lilith. Jej umiejętności bardzo by nam się przydały w drodze. Trzymała w ręce mały pakunek.
- To dla ciebie- podała mi go.
Podziękowałam, po czym schowałam prezent do worka.
- Nie zgadzam się na Długą Służbę waszego oddziału.
Uśmiechnęłam się. Tylko na to czekałam.
- W takim razie rozwiązuję Drugi Oddział Dzieci Pustyni.

Rozdział szósty?

Wzrokiem poszukałam kogokolwiek, kto na mój widok nie marszczy czoła, lub komu nie znika z twarzy uśmiech. Nie było wielu takich osób. Dziewczyny za mną nie przepadały, a chłopcy się mnie bali. Ale nie dziwię się im. Bo jak tu się nie bać dziewczyny, która przynosi z nocnego patrolu największy dotąd upolowany okaz samicy Paimona i wraz ze swoim podwładnym odpycha atak na wartownię?
Westchnęłam zrezygnowana i ruszyłam w stronę warsztatu Lilith. Po drodze zahaczyłam o magazyny i zabrałam stamtąd surowce zdobyte tej nocy. Magazynier Sofar wydał mi dwa wielkie worki zawiązane lnianym sznurkiem.
- To wszystko z dzisiaj?- spytał.
Skinęłam głową, na co gwizdnął pełen podziwu.
Zarzuciłam worki na plecy i ruszyłam w stronę warsztatu. Lilith czekała na mnie przed drzwiami.
- Neto Rohkea. Kto by się spodziewał?- uśmiechnęła się.
Wzięła ode mnie jeden z worków i wniosła go do środka.
- No. Zobaczmy, co ty tam masz...
Założyła grube gogle i rozwiązała wór. Wyciągnęła na stół jego zawartość i posortowała surowce.
- Paimon, Chaki i...- głos jej zamarł.- Ukko?
Jej oczy zalśniły.
- Pierwszy raz widzę jego sierść z bliska! To wasza robota?- spytała zafascynowana.
- Taaa... To ten co zakradł się do wartowni- wyjaśniłam.
Błysk w jej oczach świadczył o tym, że w swoich niezliczonych księgach ma wiele przydatnych elementów, które można z tego wszystkiego stworzyć. Zgodnie z moimi przypuszczeniami, podeszła do wielkiego regału i zaczęła przeszukiwać książki. Po kilku minutach wyciągnęła gruby tom i otworzyła go w miejscu zaznaczonym zieloną zakładką.
- Jakie elementy chcesz?- spytała.
Wzruszyłam ramionami z uśmiechem na ustach.
- To nie ja się na tym znam.
Zostawiając Lilith inicjatywę, miałam pewność, że otrzymany przedmiot będzie wytrzymały i użyteczny. Do teraz używałam pasa, który skonstruowała dla mnie dwa lata temu, po mojej pierwszej warcie.
- Jakaś konkretna kategoria cię interesuje?- spyała.
Pokręciłam głową.
Po chwili wyciągnęłam zza pasa kilka fiolek i dwa rogi.
- Jest jeszcze to- rzuciłam.
Pokiwała głową, po czym zebrała wszystko ze stołu i podeszła do wysokiego biurka.
- Potrzebuję czasu- stwierdziła.- Dużo czasu... Przyjdź jutro po południu.
Skinęłam głową i, aby jej nie przeszkadzać, wyszłam z warsztatu, zamykając za sobą drzwi.

Rozdział piąty?

Wyczerpani po walce wyszliśmy z windy. Do Cartera od razu podbiegła grupka przejętych dziewczyn. Poszukałam wzrokiem Mary, Lokiego i Orcusa, aby podziękować im za pełnioną służbę, ale nigdzie ich nie było.
Nagle poczułam jak coś włochatego wspina mi się po nodze. Schyliłam się i podniosłam wyrośniętą tchórzofretkę
- Musisz go jakoś nazwać- rzuciłam do Cartera, ignorując pełne nienawiści spojrzenie jego "fanek".
- Fred- odparł obojętnie.
- Fred? Czemu Fred?
Wzruszył ramionami.
- A czemu nie?
- W sumie racja- stwierdziłam.
W tym czasie Fred wdrapał mi się na ramię i wskoczył na Cartera. Posiadał geny latającej wiewiórki.
- Czemu się z żadną nie umówisz?- spytałam po chwili, wskazując głową odchodzący tłum.- Miałbyś spokój.
- Umówiłbym się, ale muszą ją lubić Coyote i Fred...
Zachichotałam.
- Kto by pomyślał, że komuś takiemu jak ty dziewczynę wybierać będą przyszywany starszy brat i tchórzofretka?
- W tym problem- westchnął.- Coyote lubi praktycznie wszystkie dziewczyny, za to Fred nie lubi żadnej.
Fred prychnął, na co roześmialiśmy się i ruszyliśmy w stronę magazynów.
- Neto!
Rozejrzałam się. Za nami biegł Saamed- wierny lizus mojego ojca.
- Coś się stało?- spytałam.
- Ojciec chce cię widzieć- odparł zdyszany.
Ruszyliśmy za nim. Gdy doszliśmy do białego budynku, Saamed wszedł do środka, każąc nam czekać. Po chwili wyszedł na zewnątrz.
- Możesz wejść- rzucił.
Carter ruszył za mną.
- Ty nie- rzucił Saamed.
Carter obrzucił go pogardliwym spojrzeniem, po czym zignorował jego zakaz i wszedł do środka.
Czekał tam na nas mój ojciec i jeden z Siedmiu Generałów Nowego Świata- Fene Rohkea. Siedział dumny i patrzący na otaczających go ludzi z pogardą i uczuciem wyższości. Ale taki powinien być Generał. Jednak mój ojciec był taki tylko pozornie. Wystarczyło, że się odezwie, a czar pryśnie. Tak było i tym razem...
- Neto, córciu! Usiądź, proszę- jego twarz rozpromieniła się.- Jak tam warta?
Wykonałam jego prośbę i usiadłam w wielkim, pasiastym fotelu.
- Mogło być lepiej.
Uśmiechnął się.
- Słyszałem, że upolowaliście niezłą sztukę...- urwał.- Carter, chłopcze! Jak ja cię dawno nie widziałem.
- Ja pana również, sir.
Po tych słowach zapadła cisza.
- Dlaczego nas wezwałeś?- spytałam w końcu.
Ojciec westchnął.
- Wiem, że nie łatwo jest tobie rozmawiać o tym ze mną, ale... Muszę odsunąć cię od służby...
Zerwałam się z fotela.
- CO?! Nie możesz tego zrobić!
Carter położył mi dłoń na ramieniu.
- Doszedłem to wniosku, że walka poza wioską jest zbyt niebezpieczna i mógłbym cię stracić...
- Więc lepiej kazać mi tu siedzieć i gnić wśród dziewczyn, które mnie nienawidzą, bo zadaję się z chłopakiem, który im się podoba?! Dziękuję bardzo, ale nie!
- Skąd taka decyzja, sir?- spytał spokojnie Carter.
- Doszły mnie słuchy, że Ukko i grupka Chaców dostały się do wartowni i wasza dwójka została, aby je pokonać. Dlaczego to zrobiliście?
Ojciec był zły.
- To jedyne wyjście z wioski. Jeśli by tam zostały, to unieruchomiłoby to nas na dłuższy czas- wyjaśniłam.
- To nie jedyne wyjście- odparł Fene, po czym dotarło do niego, co tak właściwie zrobił.
- Kto pilnuje tego drugiego?- spytał Carter.
- Oddział Coyote'a.
Carter podszedł do drzwi.
- Mogę odejść?- spytał.
Fene skinął głową, po czym Carter wyszedł z pomieszczenia i ruszył w sobie tylko znanym kierunku.
Poczułam coś w okolicy nóg. Otarło się o mnie, po czym wskoczyło mi na kolana. Jedną ręką pogładziłam Freda po jego miękkim futerku.
- Nie możesz mi tego zrobić- wyszeptałam.
- Neto... Martwię się o ciebie.
Westchnęłam.
- Wiem, ale... Służba jest dla mnie wszystkim. To przez nią poznałam Cartera, Lokiego, Orcusa, Marę, Coyote'a i całą resztę...
- Nie odsunę cię od służby, jeśli przyrzekniesz mi, że będziesz ostrożna.
Uśmiechnęłam się.
- Obiecuję... Tato.
Wstałam z fotela i wybiegłam na zewnątrz, mijając zdezorientowanego Saameda.

Rozdział czwarty?

Jednym ruchem wyszarpnęłam nóż i wbiłam go między drzwi. Te otworzyły się z lekkim skrzypnięciem. W jednej chwili znalazłam się na zewnątrz i nie zważając na sprzeciwy Coyote'a pobiegłam od Cartera.
- Co ty tu jeszcze robisz?- syknął, odpychając kły Chaców.
- Jeśli bym cię zostawiła samego, to jakim byłabym dowódcą?
Uśmiechnął się, po czym odwrócił się do Coyote'a.
- Zabierz ich na dół.
Mężczyzna skinął głową i wcisnął ponownie przycisk. Drzwi zamknęły się z cichym klaśnięciem.
W tym czasie odepchnięte przez Cartera Chaki podfrunęły ponownie. Wyciągnęłam zza pasa dwa noże z hartowanej stali. Carter odpiął od swojego pasa długi, ciężki łańcuch, który nie służył tylko do ozdoby. Zamachnął się nim i kilka pierwszych mutantów poleciało w tył.
- Musimy je stąd wypchnąć.
Skinęłam głową.
Podbiegłam do windy i szybkim ruchem złapałam leżący przed nią trójząb Orcusa. Carter machał  łańcuchem, odpędzając napastników. Po chwili Chaki uciekły zniechęcone. Pozostał tylko Ukko. Przyglądał się naszym zmaganiom z zainteresowaniem. W jego oczach krył się niezrozumiały dla mnie płomień. Carter zamachnął się i zdzielił go łańcuchem między oczy.
- Neto! Nóż!- krzyknął.
Otrząsnęłam się i rzuciłam jednym z noży. Niestety, Ukko uchylił się, więc ostrze wbiło się w jego kark, prawie go nie raniąc. Syknął rozdrażniony.
- Co ty robisz?- spytał Carter.
- Nie mam pojęcia- odparłam, rzucając drugi nóż.
Tym razem trafiłam w cel. Ukko warknął, po czym zlizał krew, ściekającą z jego czoła.
- Jakim cudem?- głos mi się załamał.
Powinien paść na ziemię jak długi, abyśmy mogli wywalić jego śmierdzące truchło ze środka i zostawić je na pastwę Choców. Jednak on tam stał, jakby nic się nie stało. Stałam jak zahipnotyzowana, wpatrując się w jego wielkie, szare oczy. Poczułam lekkie uderzenie w policzek.
- Kurde, Neto. Nie dość, że mnie nie słuchasz, to jeszcze przechodzisz na ciemną stronę mocy?
Uśmiechnęłam się.
Carter podbiegł do Ukko i owinął łańcuch wokół jego szyi. Drugą ręką chwycił mój nóż i wbił go mocniej, aż do mózgu zwierzęcia. Rozległ się przeraźliwy ryk.
Przerażona spojrzałam na Cartera. Był dużo szybszy i zwinniejszy niż zazwyczaj. On coś ukrywał.
- No- rzucił z ulgą.- Już koniec.
W ciszy pomogłam mu wyrzucić martwe ciało poza teren wartowni.
- Wracajmy do domu- wyszeptałam, gdy upewnił się, że brama jest dobrze zamknięta.
Skinął głową, po czym pozbieraliśmy leżącą wokoło broń i weszliśmy do windy.

Rozdział trzeci?

- Ja zostanę- rzucił Orcus.- I tak ktoś musi pilnować bramy.
Skinęłam głową. Jeśli zaszłaby taka potrzeba przybyłby do wioski szybciej niż ktokolwiek inny, a poza tym i tak nasza zmiana niedługo się kończyła.
Loki zaciągnął paimonie truchło do windy, którą zjeżdżało się pod ziemię.
- Piętnaście minut- rzuciłam z uśmiechem.- Dasz radę?
Skinął głową. Weszliśmy do windy.
W tym czasie rozległo się pukanie do bramy.
- Czego?- warknął zwyczajowo Orcus.
- Orcus na bramie?- zdziwił się ktoś z drugiej strony.- Wróciliśmy.
- To Piąty Oddział Pustynnych Węży- wyjaśniła Mara.- Wychodzili kilka godzin temu.
Orcus podszedł do żelaznego uchwytu i pociągnął go w górę. Brama otworzyła się. Przez szczelinę weszło do środka czterech mężczyzn. Każdy z nich miał za pasem krótki nóż, a przy pasie długi, ciemny bat.
- Neto!- ucieszył się wysoki granatowowłosy.
Farbowane włosy na kolor, który w przeszłości uznanoby za nietypowy, nie były czymś dziwnym.
Uśmiechnęłam się.
- Coyote, kopę lat!
Coyote przyjrzał się naszej zdobyczy, teraz zalegającej w windzie i gwizdnął z podziwem.
- Takiego okazałego cielska to już dawno nie widziałem martwego. To wasza sprawka?- spytał.
- A czyja miałaby być?- spytał Carter z uśmiechem.
Carter traktował Coyote'a jak starszego brata. Nic w tym dziwnego- wychowywali się razem.
- A wy coś upolowaliście?- spytała Mara.
Coyote z dumą pokazał jej grupkę pokaźnych Chaców.
- W sumie to upolowaliśmy je niecały kilometr od bazy. Ciekawe, co tu robiły...
- Nie mam pojęcia- Carter zaśmiał się zakłopotany.
Coyote przyjrzał mu się uważnie.
- Serio? No nieważne. Padam na ryj.
- My też musimy wracać- rzucił Loki.
Skinęłam głową.
Cały Oddział Pustynnych Węży wszedł do windy. Dołączyli do nich Loki i Mara.
- Na pewno dasz sobie radę?- spytałam Orcusa.
- Jasne- rzucił.- Idźcie już.
Stanęłam obok Coyote'a i Cartera. Mara wcisnęła przycisk z napisem "BAZA" i usłyszeliśmy ciche piknięcie.
Orcus podszedł do bramy i zrzucił ją na piasek. Jednak nie zamknęła się. Przeszkodził jej w tym dość pokaźny Chac, a właściwie jego ogon. Chwilę potem do środka wsunęła się jego głowa i z sykiem wpełzł do  wartowni. Orcus chwycił swój trójząb i nabił na niego Chaca.
- Uciekajcie!- krzyknął.
Nie mogłam zostawić swojego człowieka na pastwę potworów. Zrobiłam krok do przodu.
- Ja pójdę- powstrzymał mnie Carter, po czym zwrócił się do swojego brata.- Pilnuj jej.
Wyskoczył z windy i wepchnął na swoje miejsce zdezorientowanego Orcusa. W tym czasie do środka zaczęły wpełzać inne stwory. Wśród nich był Ukko- pół lis- pół orzeł.
- CARTER!- krzyknęłam ze łzami w oczach.
Te potężne monstra były nie do pokonania w pojedynkę, niezależnie od poziomu wojownika.
Coyote złapał mnie w pół.
- Musisz uciekać- powiedział.
Jemu też było trudno zostawić Cartera. Zrezygnowana przestałam się rzucać.
Carter odwrócił się z uśmiechem na ustach.
W tym momencie zamknęły się drzwi windy.

Rozdział drugi?

Po góra kilkunastu minutach dotarliśmy do potężnej żelaznej bramy z namalowanym zamkniętym okiem. Carter rozejrzał się po piaszczystych wzgórzach, po czym kopnął w bramę. Oko otworzyło się.
- Czego?- spytał zirytowany głos.
- Wróciliśmy- rzuciłam.
Usłyszeliśmy westchnięcie i ciche zgrzyty. Po chwili oko ponownie zamknęło się, a brama podjechała do góry. Zrzuciłam Paimona na piach i wsunęłam go w szczelinę. Natychmiast rozległ się pisk.
- Mara, to już nie żyje- uspokoiłam ją.
Mara zaklęła cicho.
- Wchodźcie- warknęła.
Cała nasza czwórka przecisnęła się pod bramą. Orcus wciągnął naszą zdobycz, po czym opuścił wrota.
- Zamknij dobrze- polecił mu Loki.
Mara patrzyła na nas uważnie, oczekując wyjaśnień.
- Spotkaliśmy grupkę Chaców (skrzydlatych węży)- wyjaśniłam.- Nic poważnego, ale uciążliwe są.
- Szczególnie w środku- dodał Carter z tym swoim uśmieszkiem.
- A tak poza tym, to jak się udał obchód?- spytała wyraźnie niezadowolona z tego, że musiała zostać.
Wyszarpnęłam nóż z truchła.
- O jednego Paimona mniej- rzuciłam.
Od razu krew zaczęła lecieć. Podeszłam do wysokiej półki i zdjęłam czarne pudełko.Po chwili poszukiwań, wyciągnęłam z niego kilka długich probówek z korkiem. Rzuciłam je Lokiemu, który złapał je w locie i zaczął odciągać do nich krew Paimona.
W tym samym czasie Carter wyjął swój nóż i zaczął odcinać rogi oraz rozcinać skórę. Sierść Paimonów była czarna jak noc, jednak ich skóra biała w ciemne łaty. Były one jedną z wielu anomalii naszego świata.
Musieliśmy jak najszybciej uporać się z robotą, ponieważ krew zaczęła już tracić swoje właściwości, a skóra nasiąkła wilgocią i rozciągnęła się lekko. Gdy skończyliśmy, rozległo się stukanie do drzwi.
- Czego?- warknęła Mara.
- Ma- rozległo się.
Dziewczyna cofnęła się momentalnie. Do jej oczu napłynęły łzy.
- Ma-ra...
- To... Amon.
Jej ręka mimowolnie powędrowała do uchwytu bramy.
- Nie rób tego- ostrzegł ją Carter.
- Ale... Amon wrócił!
Carter podszedł do niej i złapał ją za nadgarstek. Był spokojny i wiedział, co robi. O niej nie można było tego powiedzieć. Jej warga drżała, a oczy wyglądały jakby zrobiono je ze szkła.
- Nie rób tego- powtórzył.
- Ma-ra- rozległo się ponownie.
- Oj zamknij się!- krzyknął Carter, kopiąc bramę.
Po drugiej stronie coś syknęło.
- Słyszysz?- spytał wściekły Carter.- Słyszysz syk twojego Amona? To NIE jest Amon!
Mara opuściła głowę.
- Przepraszam- wyszeptała.- Oficerze!- zwróciła się do mnie.- Proszę o natychmiastowe odsunięcie od służby!
Jej determinacja i nagła prośba zaskoczyły mnie.
- Odmawiam.
- A-ale... Zagrażam członkom oddziału... Przez moją nieuwagę prawie...
- Ale do tego nie doszło- przerwałam jej.- Co to było, do cholery?
Loki zamyślił się. Na jego czole pojawiła się mała zmarszczka, co świadczyło o tym, że przeszukuje swoje dane. Można było na nim polegać jeśli w grę wchodziły jakiekolwiek dane.
- Wydaje mi się, że to bardzo rozwinięty Hati. Tylko one potrafią naśladować ludzkie głosy. Tylko, że...
- One nie syczą- dokończył Carter.
Loki skinął głową, wprawiając w ruch swoje złociste włosy. Jasne włosy były rzadkością. Dlatego był z nich taki dumny.
- Więc musiało to być coś innego. Dopuszczalna jest też możliwość krzyżówki Hatiego z chociażby Jigarem.
Orcus zbladł.
- Ale to by oznaczało, że jeśli dostałby się do środka...- zaczął.
- Wymordowałby nas i całą wioskę- dokończyłam.
Żadne z Dzieci Pustyni nie spotkało nigdy Jigara, jednak wiedzieliśmy, że istoty takie jak one nie miały prawa istnieć. Były po prostu zbyt potężne, więc połączenie ich z jakimkolwiek innym monstrum było nie o pomyślenia.
Zacisnęłam zęby na samą myśl o tym, że nasza podziemna wioska mogłaby kiedykolwiek przestać istnieć.
- Nie wiem jak wy, ale spadam stąd- rzucił od niechcenia Carter.

Rozdział pierwszy?

- Carter, zaczekaj!- krzyknęłam, gdy ruszył w stronę mutanta.
Chłopak machnął ręką, po czym wyciągnął myśliwski nóż i powoli podszedł do Paimona. Samica jeszcze żyła. Świadczył o tym jej ciężki oddech i głośne posapywania. Wciąż była niebezpieczna, jednak z przestrzeloną nogą była unieruchomiona. Na szczęście Paimony nie posiadały kłów, a ugryzienie ich trzonowcami zazwyczaj nie kończyło się źle.
- Muzimy się uwijać- przypomniał Loki.- Krew Paimonów ma bardzo słodki zapach.
- Co masz na myśli?- spytałam.
- Pamiętasz, jak mówiłem ci, że bardzo często się samookaleczają?
Skinęłam głową.
- Aby zwabić inne stwory, które wpadną w pułapkę i zostaną pożarte. Ale co to ma do rzeczy?
Jakby w odpowiedzi na moje pytanie, spod gorącego piachu zaczęły wypełzać mniejsze lub większe monstra, wyglądem przypominające uskrzydlone węże lub skorpiony. Po kolei wzlatywały w powietrze i kierowały się w stronę zdychającego zwierzęcia.
Carter nawet na nie nie spojrzał. Udawał, że ich nie widzi, aby zmusić mnie do działania. Wiedziałam, że nie pozwoli im się zbliżyć, jednak każda z wart była zbyt niebezpieczna, aby tak ryzykować. Poza tym właśnie przez takie głupstwa straciliśmy zbyt wielu ludzi.
Bez namysłu odbezpieczyłam granat dźwiękowy i rzuciłam nim w Cartera, który się lekko skrzywił. Stwory zaczęły syczeć i cofać się z dala od niego. Niektóre z nich usiłowały przysypać się piachem, ale emitowane przez granat ultradźwięki sprawiały, że wpadały w szał i przestawały.
Powietrze przeszył wściekły ryk. Paimon wierzgał kopytami, co powodowało obfitsze krwawienie.
W jednej chwili znalazłam się koło Cartera i zdzieliłam go w twarz.
- Nigdy- rzuciłam z wściekłością w oczach.
- Nigdy- potwierdził, uśmiechając się.
Uspokojona tym, że zrozumiał przekaz, uklękłam przy Paimonie i chwyciłam własny nóż. Aż po rękojeść wbiłam go w miękkie i soczyste mięso przy łopatce. Z łatwością dotarłam do serca i przecięłam je w pół.
- 40 sekund- przypomniał mi odliczający Orcus.
Zostawiwszy nóż w sercu (co zapobiegało dalszemu krwawieniu), spętałam kończyny naszej ofiary i zarzuciłam ją sobie na ramię.
- Idziemy- rzuciłam, po czym ruszyliśmy w stronę wartowni.
Gdy oddaliliśmy się na bezpieczną odległość, usłyszeliśmy cichy huk, co oznaczało, że musimy się pospieszyć.
Działanie granatu uległo końcowi.

***

Notka wyjaśnienia:
granat dźwiękowy (jak każda broń tego rodzaju) emituje ultradźwięki słyszane tylko przez zmutowane zwierzęta, co powoduje rozdrażnienie, poczucie zagrożenia, strach i ogólnie dlatego latające węże się cofały. niestety mają one określony czas działania, który kończy się hukiem.

Prolog?

Od wieków ludzie żyli w błogiej nieświadomości.
Nie wiedzieli, co tak naprawdę skrywa świat.
Jednak po upływie tysięcy lat uświadomili sobie głupotę swojego postępowania.
Ale było już za późno.
Stało się to, czego obawiali się wszyscy naukowcy XXI wieku.
Planeta Ziemia obumarła, a na jej powierzchnię wypełzły wszystkie ludzkie grzechy.

***

Pojedyncze oddziały patrolowały te tereny odkąd pamiętam. A tak się składa, że pamiętam sporo, bo nic się tu nigdy nie dzieje... No, prawie nic. Czasem tylko pojedyncze jednostki genetycznie zmutowanych zwierząt, które w przeszłości pouciekały z laboratoriów, zawędrują przypadkiem w tę okolicę. A poza tym to nic ciekawego.
Rutyna, jaką stało się patrolowanie rozległych pustyń i ogromnych kraterów, stała się tak nudna, że już bardziej nie może. Jedyne, co mnie tu jeszcze trzyma to fakt, że jako córka jednego z "generałów" nie mogę sobie pozwolić na pozostawienie plemienia. Poza tym jestem jedną z najlepszych, a utraty kogoś takiego jak ja moi ludzie nie znieśliby.
A no tak... Zapomniałam się przedstawić. Ale tak naprawdę, to nie jestem nikim szczególnym. Jestem Neto Rohkea, ukochana córka jednego z Siedmiu Generałów Nowego Świata, przywódca Drugiego Oddziału Dzieci Pustyni, jeden z najlepszych wojowników. A tak poza tym wszystkim, to jestem zwykłą nastolatką. Długie jasne włosy zazwyczaj upinam w wysoką kitkę. Ponad to szarooka, piegowata, naznaczona licznymi bliznami, będącymi pamiątkami po potężnych przeciwnikach.
Tego dnia odbywał się mój 4718 z kolei patrol. Wiem, że trudno w to uwierzyć, ale na takim nudnym zadupiu pamięta się nawet ilość wart. Z początku nic się nie działo, jednak powietrze pachniało inaczej niż w zwyczajną noc.
- Zwołaj wszystkich- rozkazałam Orcusowi, po czym zaczęłam nasłuchiwać.
Coś się zbliżało.
I to się czuło.
Nagle powietrze przeszył wściekły ryk, a zza wydm wyłoniły się czarne, kręcone rogi.
Jeden rzut oka wystarczył, aby rozpoznać wroga.
- Paimon- krzyknęłam.
Drugi Oddział Dzieci Pustyni uwijał się jak nigdy. Ale nie ma co się dziwić. Paimony to potężne bestie powstałe ze skrzyżowania pantery z bykiem. I tylko one posiadały ostre, czarne jak noc rogi, które w ich rękach (a w tym wypadku kopytach) tworzyły śmiertelną broń.
Obok mnie ustawił się szereg moich podwładnych. Każdy z nich był wyjątkowy i posiadał specjalne umiejętności. Taki na przykład Orcus był cieniem- poruszał się bezszelestnie, dzięki czemu był idealnym łącznikiem.
- Carter, broń- rzuciłam do wysokiego, ciemnowłosego chłopaka.
Podał mi długi karabin o szerokiej lufie. Ułożyłam go wygodnie na ramieniu i wycelowałam.
- Loki- zawołałam mojego informatora.- Co wiemy o Paimonach?
Chłopak zastanowił się chwilę, przeszukując swoje bazy danych.
- Skrzyżowanie pantery i byka, silne pazury przednich łap, ostre rogi, brutalna siła, zazwyczaj atakują samodzielnie, słabym punktem są tylne łapy i ogon- wyrzucił jednym tchem.
Skinęłam głową na znak, że wystarczy.
Paimon był coraz bliżej. Z tej odległości dało się odnotować więcej szczegółów na jego temat.
Była to może siedmioletnia samica. Zawędrowała tu prawdopodobnie w poszukiwaniu swojego stada, od którego odłączyła się prawdopodobnie na łowy.
Obrałam na cel tylne lewe kopyto i wystrzeliłam z charakterystyczną dla mnie precyzją.
Kula dosięgła celu.
Samica zawyła, po czym bezwładnie opadła na piach.
- Super- rzucił Carter.- Kolacja.