Rozdział pierwszy?

- Carter, zaczekaj!- krzyknęłam, gdy ruszył w stronę mutanta.
Chłopak machnął ręką, po czym wyciągnął myśliwski nóż i powoli podszedł do Paimona. Samica jeszcze żyła. Świadczył o tym jej ciężki oddech i głośne posapywania. Wciąż była niebezpieczna, jednak z przestrzeloną nogą była unieruchomiona. Na szczęście Paimony nie posiadały kłów, a ugryzienie ich trzonowcami zazwyczaj nie kończyło się źle.
- Muzimy się uwijać- przypomniał Loki.- Krew Paimonów ma bardzo słodki zapach.
- Co masz na myśli?- spytałam.
- Pamiętasz, jak mówiłem ci, że bardzo często się samookaleczają?
Skinęłam głową.
- Aby zwabić inne stwory, które wpadną w pułapkę i zostaną pożarte. Ale co to ma do rzeczy?
Jakby w odpowiedzi na moje pytanie, spod gorącego piachu zaczęły wypełzać mniejsze lub większe monstra, wyglądem przypominające uskrzydlone węże lub skorpiony. Po kolei wzlatywały w powietrze i kierowały się w stronę zdychającego zwierzęcia.
Carter nawet na nie nie spojrzał. Udawał, że ich nie widzi, aby zmusić mnie do działania. Wiedziałam, że nie pozwoli im się zbliżyć, jednak każda z wart była zbyt niebezpieczna, aby tak ryzykować. Poza tym właśnie przez takie głupstwa straciliśmy zbyt wielu ludzi.
Bez namysłu odbezpieczyłam granat dźwiękowy i rzuciłam nim w Cartera, który się lekko skrzywił. Stwory zaczęły syczeć i cofać się z dala od niego. Niektóre z nich usiłowały przysypać się piachem, ale emitowane przez granat ultradźwięki sprawiały, że wpadały w szał i przestawały.
Powietrze przeszył wściekły ryk. Paimon wierzgał kopytami, co powodowało obfitsze krwawienie.
W jednej chwili znalazłam się koło Cartera i zdzieliłam go w twarz.
- Nigdy- rzuciłam z wściekłością w oczach.
- Nigdy- potwierdził, uśmiechając się.
Uspokojona tym, że zrozumiał przekaz, uklękłam przy Paimonie i chwyciłam własny nóż. Aż po rękojeść wbiłam go w miękkie i soczyste mięso przy łopatce. Z łatwością dotarłam do serca i przecięłam je w pół.
- 40 sekund- przypomniał mi odliczający Orcus.
Zostawiwszy nóż w sercu (co zapobiegało dalszemu krwawieniu), spętałam kończyny naszej ofiary i zarzuciłam ją sobie na ramię.
- Idziemy- rzuciłam, po czym ruszyliśmy w stronę wartowni.
Gdy oddaliliśmy się na bezpieczną odległość, usłyszeliśmy cichy huk, co oznaczało, że musimy się pospieszyć.
Działanie granatu uległo końcowi.

***

Notka wyjaśnienia:
granat dźwiękowy (jak każda broń tego rodzaju) emituje ultradźwięki słyszane tylko przez zmutowane zwierzęta, co powoduje rozdrażnienie, poczucie zagrożenia, strach i ogólnie dlatego latające węże się cofały. niestety mają one określony czas działania, który kończy się hukiem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz