Rozdział siedemnasty?

Maat zniknął.
Spojrzałam na swoje dłonie. Byłam gotowa zabić człowieka... Człowieka.
W tamtej chwili uświadomiłam sobie, że niebezpieczeństwo Długiej Służby nie polegało na ryzyku śmierci. Białowłosy mówił prawdę. Był kiedyś jednym z nas. I jeśli nie będziemy dość silni, to my będziemy tacy jak on.
Prawdziwym niebezpieczeństwem Długiej Służby była utrata swojego człowieczeństwa.
- W porządku?- spytał Loki.
Nie wiem, czy pytał mnie, jednak skinęłam głową.
Nawet jeśli nie było do końca w porządku, wiedziałam, że mogło być gorzej. Bardziej niż o siebie, martwiłam się o Lilith.
Była blada. Wpatrywała się w Cartera. Chciała wiedzieć, dlaczego. Dlaczego nic nie powiedział.
Szczerze mówiąc, mnie też to trapiło. Jaki mógł mieć związek ze zniknięciem Amona?
- Dlaczego?- wyszeptała dziewczyna.
Wśród byłych Dzieci Pustyni zapadła cisza. Nasza czwórka została sama. Coyote poszedł sprawdzić, czy z Wężami wszystko w porządku. Kto jak kto, ale oni byli najbardziej wyczerpani. Najpierw Sfinksy, później jeszcze całonocne czuwanie przy Bramie i walka z Farisem.
Carter spojrzał na Lilith.
- Dlaczego co?
Był nieobecny.
- Dlaczego nic nie mówiłeś?
Spojrzał na nią. Wzdrygnęła się. Widziałam w jej oczach strach. Taki sam, jak siedem lat temu w jego oczach... Wspomnienia z tamtego okresu napływały do mojej głowy. Opadłam na ziemię, przyciskając dłonie do skroni.
Chłopiec w moim wieku.
Mała dziewczynka.
Drzewo.
Jigar.
Mój ojciec.
Podziemie.
Głos...
Ostatnim, co pamiętam był ból.

Nie zapominaj, kim jesteś, Neto Rohkea.

Rozdział szesnasty?

Carter był na wyczerpaniu. Ciężko oddychał, a jego źrenice zwęziły się. Widziałam go w takim stanie tylko raz i wiedziałam, że długo tak nie pociągnie. Potrzebował pomocy, a ja nie mogłam nic zrobić.
- Carter... Wiesz, gdzie jest Amon?- spytała Lilith.
Milczał.
- Carter...- w jej oczach pojawiły się łzy.
- Więc nic wam nie powiedział?- zdziwił się Maat.- Jaka szkoda. Więc o tym, co się stało z Amonem pewnie też im nie powiedziałeś?
Zamarłam.
- Co się stało z Amonem?
Spojrzał na mnie i uśmiechnął się szeroko.
- Jeśli go szukacie, przestańcie. To bezcelowe. Neto, chyba nie chcesz aż tak narażać swojej drużyny, co?
Odsunął się, unikając ciosu Cartera. Nagle wokół jego dłoni owinął się skórzany bicz.
- Nie sądzisz, że jeśli chcą go szukać, to powinni to zrobić bez względu na wszystko? Nie jesteś Maatem, którego znam. Nie jesteś naszym przyjacielem. I może Pustynne Węże nie mają z tobą żadnych szans, dzieciaki też nie... Ale nie lekceważ mnie, dziwaku- głos Coyote'a był stanowczy i podirytowany.
- Coyote Ovela... Kimże jesteś, że nie należy cię lekceważyć?- spytał Maat.
Coyote wyszczerzył kły.
- Jestem twoim najgorszym koszmarem.
Zawiał wiatr, rozwiewając długie włosy Maata. Uśmiechnął się i zamknął oczy.
Dolor- wyszeptał.
Coyote zrobił krok w jego stronę i zamarł. Nagle zgiął się w pół, a jego twarz wykrzywił grymas bólu. Zacisnął pięść na rękojeści bicza.
- Coyote? Co się dzieje?- spytał zaniepokojony Carter.
- Dolor, ból. Przeżywa ból- wyjaśnił Maat.
- Co mu zrobiłeś?
Nie odpowiedział. Stał tak z uśmiechem.
Coyote powoli brnął przed siebie. Białowłosy uniósł brew ze zdziwieniem.
Gravi.
Coyote zawył z bólu i opadł na ziemię. Carter w jednej chwili znalazł się przy nim.
- Co mu zrobiłeś?- spytał.
Jego twarz zakrywały jego długie, czarne włosy, jednak wiedziałam, że był wściekły. Nie potrafił się opanować, gdy komuś z jego bliskich groziło niebezpieczeństwo. Wiedziałam również, że jeśli nikt go nie powstrzyma, rzuci się na Maata, a w takim stanie nie ma szans.
- Odpowiedz...
- Gravi, silny ból. Przeżywa silny ból.
Zacisnął pięść. Nagle rozległ się strzał i mały, srebrny pocisk trafił Maata w ramię. Coyote opadł bezwładnie na piach.
- COYOTE!- Carter dopadł go.
Zacisnęłam oczy. Byłam wściekła. Ja, córka jednego z Generałów, byłam bezsilna wobec nieznanego mi człowieka. To moja wina, że cierpieli. To moja wina...
Zanim zdążyłam zareagować, moje ciało zaczęło samo się poruszać. Chwyciłam leżący na ziemi sztylet i wyrzuciłam go w powietrze. Wyskoczyłam i kopnęłam go. Poleciał w stronę Maata i wbił się w jego łokieć. Dopiero teraz zauważyłam, że trzymał w dłoni pistolet Lokiego. To z niego Coyote dostał.
Moje ciało przeszył dreszcz wściekłości.
Nagle poczułam się... Silna.
Wiatr rozwiał moje włosy. Uśmiechnęłam się.
Lilith spojrzała na mnie zdziwiona i zamarła. Patrzyła na mnie z przerażeniem.
W jednej chwili znalazłam się przed Maatem. Zacisnęłam dłoń i uderzyłam... A przynajmniej taki miałam zamiar. Ktoś złapał mnie za nadgarstek i zatrzymał cios. Spojrzałam z wściekłością na Cartera.
- Puść mnie- warknęłam.
- Odmawiam.
Był spokojny i wiedział, co robi. O mnie tego nie można powiedzieć.
- Puść!
- Uspokój się, Neto. Nie jesteś sobą.
Złapał mnie w pół i odciągnął od białowłosego.
- Carter... Nie próbuj mnie powstrzymać.
- Tak tylko przypominam, że nigdy nie udało ci się mnie pokonać- uśmiechnął się.
Spróbowałam mu się wyrwać.
Pacem- szepnął Maat.
Poczułam jak ta dziwna siła opuszcza moje ciało. Powracała świadomość.
Zamrugałam i rozejrzałam się.
Maat zniknął.

Rozdział piętnasty?

Zacisnęłam dłoń na rękojeści. Nie wiedziałam, co robić.
Maat przyjrzał mi się uważnie. Nie poruszył się, jednak jeden z dotychczas trzymanych przezeń noży przeleciał tuż obok mojego policzka.
Nie zdążyłam zareagować. Obróciłam się i otworzyłam szeroko oczy.
Nóż wbił się aż po rękojeść między oczy Farisa. Ten zatrzymał się tuż za Lilith.
Po chwili opadł na piach. Był już martwy. Z całą pewnością Maat był niebezpiecznym przeciwnikiem.
Postanowiłam grać na czas.
- Dlaczego nie zabiłeś go wcześniej?
Wzruszył ramionami.
- Nie było takiej potrzeby.
Kątem oka spojrzałam wgłąb Bramy. Jego wzrok podążył za moim.
Teraz albo nigdy!
Skoczyłam w przód i wylądowałam tuż przed nim.
Byłam jednak zbyt wolna.
Carter stanął między Maatem a mną i pozbawił go broni, unieruchamiając go.
- Carter! Nic...- zamarłam.
To nie był Carter. W jego oczach nigdy nie było aż takiej wściekłości.
- Idź stąd, Neto- syknął.
Cofnęłam się. Lilith pociągnęła mnie za rękę.
- Chodź, Neto. Carter sobie poradzi.
Maat obserwował nas swoimi pustymi oczyma. Zrobiłam krok w stronę Bramy.
Lilith zatrzymała się na wydmie. Piach pod jej stopami zaczął się zapadać.
- Lilith! Odsuń się stamtąd!
Maat spojrzał w jej stronę w momencie, gdy ogromny Chac wyskoczył spod piachu. Lilith krzyknęła.
W jednej chwili Carter znalazł się przy niej i złapał go za głowę.
- W porządku?- spytał.
Niepewnie skinęła głową.
Maat uśmiechnął się.
W jednej chwili w stronę Cartera leciał drugi nóż.
Zanim ktokolwiek zdążył zareagować przeciął ciało kolejnego Chaca na pół. Stwór zawył i opadł na ziemię.
Carter spojrzał na niego z wyższością, skręcił kark temu pierwszemu i wypuścił truchło z rąk. Powiedział coś Lilith i podszedł do Maata.
- To ciebie wtedy widziałem?- spytał.
Maat spojrzał na niego uważnie.
- Wtedy?- spytał, nie okazując żadnych emocji.
- Wtedy. Wtedy, gdy Amon zaginął.
Wzdrygnęłam się.
- Amon? Carter, wiesz, gdzie jest Amon?!
- Nie wtrącaj się! Miałaś iść do środka!
Zacisnęłam pięść. Cała nasza wyprawa sprowadzała się do odnalezienia i sprowadzenia Amona z powrotem, a ten idiota, wiedząc, gdzie on może być, nie mówi nic.
- Nigdzie nie idę, dopóki nie powiesz mi wszystkiego!
Spojrzał na mnie z wściekłością. W jego oczach pojawił się dziwny błysk, którego nigdy wcześniej nie widziałam.
- Idź- warknął.
Maat spojrzał na niego i uśmiechnął się.
- Czyżbyś nie chciał rozmawiać o Amonie, chłopcze? Nie chcesz im powiedzieć, co zrobiłeś?
- ZAMKNIJ SIĘ!- Carter rzucił się na niego.
Białowłosy blokował wszystkie jego ataki. Czułam, że powinnam stamtąd uciekać, że Carter sobie poradzi, że to nie moja walka. Wiedziałam, co powinnam zrobić, ale nie mogłam się do tego zmusić. Stałam tak na wzgórzu w kompletnym bezruchu, nie mogąc zrobić ani kroku. Kolejny raz poczułam się bezsilna. Ostatnio dość często mi się to zdarzało. Nienawidziłam tego.
Zacisnęłam zęby i próbowałam zmusić się do jakiegokolwiek ruchu.
- O co chodzi, Carter? Nie chcesz, żeby wiedzieli, że to przez ciebie? Nie powiedziałeś im?- z gardła Maata rozległ się okropny, przeraźliwy rechot.
Lilith spojrzała na Cartera. Była blada jak ściana, ręce jej drżały.
- Carter?- spytała. Wzdrygnął się na dźwięk jej głosu. Był zachrypnięty i jakby... Pozbawiony życia.- O czym on mówi?
Carter znieruchomiał. Doskonale wiedział, że nie tylko Mara dużo zawdzięcza Amonowi. Po tym jak zniknął, cała wioska pozostała bez kogoś, kto choć trochę znałby się na medycynie lepiej niż wyleczenie zwykłego przeziębienia. Prawda była taka, że każdy z mieszkańców potrzebował kiedyś jego pomocy, więc teraz wszystkim zależało na jego powrocie. Nie wszyscy jeszcze spłacili swój dług. Jedną z takich osób była Lilith. Wielokrotnie proponowała Amonowi swoje darmowe usługi jako kowala, ale nigdy z nich nie skorzystał. Twierdził, że kiedyś będzie naprawdę potrzebował pomocy i wtedy będzie wiedział do kogo się zwrócić. Lilith, Mara, Loki, Carter, ja. Każde z nas usłyszało od niego te same słowa. I choć każde z nas o tym wiedziało, nikt nie ośmielił się tego powiedzieć.
Ta chwila właśnie nadeszła.

Rozdział czternasty?

Wtedy to poczułam. Nagłe odczucie zagrożenia. Tknięta instynktem uchyliłam się. Tuż nad moją głową powietrze zostało przecięte. Metalowe żyłki oplotły ciało Maata. Carter odciągnął mnie na bok. Dopiero teraz zauważyłam, że żyłki odchodzą od jego noża.
- Carter? Co się dzieje?
Coyote podszedł do nas.
- Dobra robota, młody. Kim jesteś?- spytał Maata.
- Już wam mówiłem, że jestem Maat.
- Chrzanisz!- krzyknął Amy.
Podszedł do Coyote'a i podparł się na jego ramieniu.
- Maat nigdy nie pozwoliłby jakiemukolwiek stworowi zbliżyć się do rannej osoby.
- Skąd znasz Jomuela?- spytałam.
Uśmiechnął się. To nie wróżyło nic dobrego.
- Jomuel Rohkea to mój bliski przyjaciel.
- Serio?- spytałam podejrzliwie.- Jakoś nigdy o tobie nie wspomniał.
Maat wzruszył ramionami, co spowodowało zaciśnięcie się żyłek.
Kątem oka zauważyłam, że Lilith podeszła do w połowie martwego Farisa. Carter pochwycił moje spojrzenie.
- Idź do niej. Przypilnuję go- powiedział.
Maat spojrzał na Lilith. Jego usta wykrzywiły się w uśmiechu.
- Nawet o tym nie myśl- warknął Carter.
Białowłosy spojrzał na niego.
- Silentium- szepnął.
Coyote podszedł do Amy'ego i pomógł mu wstać.
- Carter!- zawołał.- Zabieram ich do środka!
Carter skinął głową.
- Weź Lokiego!
Loki pomógł wstać Dagonowi i zaprowadził go do Bramy. Po chwili wrócił po Marou.
Gdy Pustynne Węże były już bezpieczne, podeszłam do Lilith. Zajęta była oglądaniem naszej zdobyczy.
- Wiesz, że to niezbyt bezpieczne?- spytałam.
Skinęła głową.
Faris otworzył jedno oko. Pociągnęłam Lilith w tył i sięgnęłam po noże. Jednak ich tam nie było. Zniknęły!
- Carter!
Spojrzał w naszym kierunku.
Maat skorzystał z okazji i przeciął żyłki moim własnym nożem. Następnie uderzył Cartera rękojeścią w tył głowy. Lilith wydała z siebie zduszony okrzyk. Maat spojrzał na nią.
- Nie wygłupiaj się- powiedziałam.- Oddaj.
Uśmiechnął się.
- A co, jeśli- zaczął-odmówię?
Odwzajemniłam uśmiech.
- Wtedy nie pozostanie mi nic innego- odparłam, wyciągając zapasowy komplet- niż ci je odebrać.
Tak naprawdę nie wiedziałam, co zrobić. Carter leżał nieprzytomny, Węże byli niezdolni do walki, Lokiego nie było, a Lilith nie mogła z nim walczyć. Do tego Faris zaczynał się budzić.
Nasza sytuacja była zła... Nie. "Zła" to mało powiedziane.