Moja decyzja wstrząsnęła wioską jak wiosenne trzęsienia ziemi. Nikt nie spodziewał, się, że najlepszy oddział (pomimo tego, że najmłodszy) zostanie rozwiązany.
- To nie ty o tym decydujesz, młoda damo.
Prychnęłam.
- Jestem dowódcą tego oddziału i wydaje mi się, że to jednak ja o tym decyduję. I zdecydowałam! Drugi Oddział Dzieci Pustyni zostaje rozwiązany, a ja wyruszam na Długą Służbę.
Moje słowa dudniły echem wśród piaszczystych kolumn.
Uśmiechnęłam się, po czym ruszyłam w stronę swojej kwatery. Bo przecież muszę się spakować.
Przed domem czekała na mnie Mara. Wyglądała na zatroskaną.
- Nie będę mogła z wami iść- wyszeptała smutno.
- O co chodzi?
- Pamiętasz, jak mówiłam ci, że Amon był medykiem?- spytała i nie czekając na odpowiedź kontynuowała.- On... Pomógł mi w trudnym momencie. Miałam coś z sercem i nikt nie potrafił mi pomóc. Potem trafiłam na niego i on... Uleczył moje serce, jednak to było tymczasowe i wymagało odnowienia... Z upływem czasu coraz częściej się do niego udawałam. I... Nie zostało mi wiele czasu.
- Odnajdę Amona- obiecałam, zanim zdałam sobie sprawę, z tego, co robię.- Przyrzekam!
Westchnęła z ulgą.
- Dziękuję- wyszeptała i łzy popłynęły z jej oczu.
Położyłam dłoń na jej ramieniu i ruszyłam dalej.Weszłam do długiego korytarza i skierowałam się na koniec. Były tam czarne drzwi, przez które weszłam do środka. Położyłam paczkę od Lilith na niskim stoliku i przeszłam do sypialni. Zza materaca wyjęłam średniej wielkości plecak i zaczęłam się pakować. Piętnaście minut później skończyłam, i, omiótłszy wzrokiem wszystkie szafki, półki i inne miejsca, pozamykałam wszystko dokładnie i po raz ostatni (przynajmniej na dłuższy czas) przeszłam przez próg mojego domu. Zacisnęłam pięść na małym kluczyku, który pasował do każdego zamka w moim mieszkaniu, i skierowałam się do windy.
W całkowitej ciszy wjechałam do wartowni. Gdy drzwi otworzyły się, moim oczom ukazała się ciemność. Instynktownie skierowałam się do głównego zamka.
W tym momencie drzwi same otworzyły się. Za nimi stali Carter i Loki. Uśmiechnęłam się do nich.
- Jesteście pewni?- spytałam.
- Czemu taka zabawa miałaby nas ominąć?- spytał Loki.
Obok mnie stanęła Lilith.
- Ruszamy?- spytała.
- Orcus?
Carter pokręcił przecząco głową.
- Został, aby opiekować się Marą. Uznał, że skoro i tak walczy najgorzej z nas wszystkich, to będzie bardziej użyteczny tutaj.
Uśmiechnęłam się smutno.
- Musimy się jakoś nazwać- stwierdziła Lilith po chwili.- Co sądzicie o Legalnej Innej Luźnej Indywidualnej Trupie Herosów? W skrócie Lilith.
Loki roześmiał się. Jego wesoły i niosący nadzieję śmiech unosił się w powietrzu przez dłuższy czas.
- Nie za bardzo czujesz się jedną z nas?- spytał Carter.
Zmarszczyła czoło i prychnęła.
- To wy jeszcze tutaj, Dzieci Pustyni?- za moimi plecami rozległ się głos.
Momentalnie odwróciłam się i stanęłam twarzą w twarz z Jomuelem.
- Generał Rohkea zaraz to wpadnie ze swoją obstawą, więc jeśli chcecie się zmywać, to teraz.
Prychnęłam.
- Serio, Neto- rzucił.- Po kim jak po kim, ale po tobie to bym się więcej spodziewał. Zwykłe "dzięki" by wystarczyło.
- Dzięki, a teraz spadaj- rzucił Loki.- Skoro Fene tu idzie, to wpadnie w szał, jak ciebie też tu zobaczy...
- Nie żeby coś, ale to ja wróciłem żywy po dwóch miechach tam- wskazał ręką pustynię, po czym wypchnął nas na zewnątrz i z uśmiechem zatrzasnął bramę.
Rozdział siódmy?
Od razu usłyszałam sygnał alarmu. Szybkim krokiem podeszłam do Lokiego.
- Co się dzieje?- spytałam.
Loki spojrzał na mnie. Był strasznie blady.
- Wrócił Jomuel- wyszeptał prawie bezgłośnie.
Jomuel to mój starszy brat, który dwa miesiące temu wyruszył na Długą Służbę. Polega ona na tym, że samotny wojownik (w sumie to może to też być grupa wojowników, ale nieważne) wyrusza na Powierzchnię w celu odkrywania nowych terenów łowieckich lub innych miejsc. Ogółem- bardzo niebezpiecznie i marne szanse na powrót do domu. Jednak wybitni wędrowcy powracają. Jednym z nich jest Jomuel. Stał teraz na głównym placu, dumny, obojętny i oświetlony reflektorami, które włączano tylko w ważnych momentach. Przy placu zebrała się grupka ludzi.
- Kto stoi przy bramie?- spytałam, omiatając tłum spojrzeniem.
Wszystkie grupy były obecne tutaj. Brakowało jedynie Cartera, ale on nigdy nie brał udziału w takich wydarzeniach.
Loki wzruszył ramionami.
- Nie mam pojęcia.
No tak. Nasza warta się skończyła, więc nikogo już nic nie obchodziło. Westchnęłam, po czym podeszłam do ojca.
- Patrz! Patrz!- jego twarz promieniała.- To mój synek!
- Tato... Proszę cię. Nie kompromituj się- rzuciłam.
Spojrzał na mnie z uśmiechem.
- Pomyśl, co by się działo, gdyby Jomuel poprowadził grupkę wyszkolonych wojowników.
- Śmierć.
Fene prychnął.
- Po kim ty masz taki pesymistyczny charakter?- spytał.
- Na pewno nie po tobie- rzuciłam z przekąsem.
- Ale na serio się zastanów. Wspaniały wojownik po dwumiesięcznej Długiej Służbie, prowadzący w bój czteroosobową grupkę najlepszych wojowników naszej wioski...
- Czteroosobową?- zdziwiłam się.
W naszej wiosce nie było aż tylu ludzi, żeby stworzyć taki oddział.
- No tak. Loki, Orcus, Mara i Carter to cztery osoby...
- Ale to mój oddział!- krzyknęłam.
Parę osób spojrzało na nas zdziwionych. Wśród nich rozległy się szepty. Nie dziwię im się. W końcu... Niezbyt często kłóciłam się z ojcem.
- Neto, rozmawialiśmy już o tym. Jesteś kobietą, a do tego córką Generała. Nie możesz się tak narażać...
- Powiedz to swojemu pierworodnemu- rzuciłam zbyt cicho, żeby usłyszał.
Cofnęłam się, chcąc odejść, jednak koś stał za mną i uniemożliwił mi ucieczkę.
- Żądam pozwolenia na odbycie Długiej Służby- usłyszałam.
Odwróciłam się momentalnie i zaparło mi dech w piersiach.
- Proszę... Nie idź- wyszeptałam.
Nie przeżyłabym tego.
- W porządku, mała- Carter uspokoił mnie.- Nic mi nie będzie.
Przypomniałam sobie o moim spostrzeżeniu z czasu ataku na wartownię.
- Idę z tobą- rzuciłam.
Fene Rohkea spojrzał na mnie. W jego oczach kryła się wściekłość, a to znaczyło, że miał wobec mnie inne plany. Na nieszczęście dla niego, nie jestem typem osoby, której można cokolwiek narzucać.
- Drugi Oddział Dzieci Pustyni wyrusza na Długą Służbę, w celu odnalezienia Amona, syna Atafa!- oznajmiłam.
Jomuel przyglądał mi się z rozbawieniem.
- Też pójdę.
Spojrzałam na Lilith. Jej umiejętności bardzo by nam się przydały w drodze. Trzymała w ręce mały pakunek.
- To dla ciebie- podała mi go.
Podziękowałam, po czym schowałam prezent do worka.
- Nie zgadzam się na Długą Służbę waszego oddziału.
Uśmiechnęłam się. Tylko na to czekałam.
- W takim razie rozwiązuję Drugi Oddział Dzieci Pustyni.
- Co się dzieje?- spytałam.
Loki spojrzał na mnie. Był strasznie blady.
- Wrócił Jomuel- wyszeptał prawie bezgłośnie.
Jomuel to mój starszy brat, który dwa miesiące temu wyruszył na Długą Służbę. Polega ona na tym, że samotny wojownik (w sumie to może to też być grupa wojowników, ale nieważne) wyrusza na Powierzchnię w celu odkrywania nowych terenów łowieckich lub innych miejsc. Ogółem- bardzo niebezpiecznie i marne szanse na powrót do domu. Jednak wybitni wędrowcy powracają. Jednym z nich jest Jomuel. Stał teraz na głównym placu, dumny, obojętny i oświetlony reflektorami, które włączano tylko w ważnych momentach. Przy placu zebrała się grupka ludzi.
- Kto stoi przy bramie?- spytałam, omiatając tłum spojrzeniem.
Wszystkie grupy były obecne tutaj. Brakowało jedynie Cartera, ale on nigdy nie brał udziału w takich wydarzeniach.
Loki wzruszył ramionami.
- Nie mam pojęcia.
No tak. Nasza warta się skończyła, więc nikogo już nic nie obchodziło. Westchnęłam, po czym podeszłam do ojca.
- Patrz! Patrz!- jego twarz promieniała.- To mój synek!
- Tato... Proszę cię. Nie kompromituj się- rzuciłam.
Spojrzał na mnie z uśmiechem.
- Pomyśl, co by się działo, gdyby Jomuel poprowadził grupkę wyszkolonych wojowników.
- Śmierć.
Fene prychnął.
- Po kim ty masz taki pesymistyczny charakter?- spytał.
- Na pewno nie po tobie- rzuciłam z przekąsem.
- Ale na serio się zastanów. Wspaniały wojownik po dwumiesięcznej Długiej Służbie, prowadzący w bój czteroosobową grupkę najlepszych wojowników naszej wioski...
- Czteroosobową?- zdziwiłam się.
W naszej wiosce nie było aż tylu ludzi, żeby stworzyć taki oddział.
- No tak. Loki, Orcus, Mara i Carter to cztery osoby...
- Ale to mój oddział!- krzyknęłam.
Parę osób spojrzało na nas zdziwionych. Wśród nich rozległy się szepty. Nie dziwię im się. W końcu... Niezbyt często kłóciłam się z ojcem.
- Neto, rozmawialiśmy już o tym. Jesteś kobietą, a do tego córką Generała. Nie możesz się tak narażać...
- Powiedz to swojemu pierworodnemu- rzuciłam zbyt cicho, żeby usłyszał.
Cofnęłam się, chcąc odejść, jednak koś stał za mną i uniemożliwił mi ucieczkę.
- Żądam pozwolenia na odbycie Długiej Służby- usłyszałam.
Odwróciłam się momentalnie i zaparło mi dech w piersiach.
- Proszę... Nie idź- wyszeptałam.
Nie przeżyłabym tego.
- W porządku, mała- Carter uspokoił mnie.- Nic mi nie będzie.
Przypomniałam sobie o moim spostrzeżeniu z czasu ataku na wartownię.
- Idę z tobą- rzuciłam.
Fene Rohkea spojrzał na mnie. W jego oczach kryła się wściekłość, a to znaczyło, że miał wobec mnie inne plany. Na nieszczęście dla niego, nie jestem typem osoby, której można cokolwiek narzucać.
- Drugi Oddział Dzieci Pustyni wyrusza na Długą Służbę, w celu odnalezienia Amona, syna Atafa!- oznajmiłam.
Jomuel przyglądał mi się z rozbawieniem.
- Też pójdę.
Spojrzałam na Lilith. Jej umiejętności bardzo by nam się przydały w drodze. Trzymała w ręce mały pakunek.
- To dla ciebie- podała mi go.
Podziękowałam, po czym schowałam prezent do worka.
- Nie zgadzam się na Długą Służbę waszego oddziału.
Uśmiechnęłam się. Tylko na to czekałam.
- W takim razie rozwiązuję Drugi Oddział Dzieci Pustyni.
Rozdział szósty?
Wzrokiem poszukałam kogokolwiek, kto na mój widok nie marszczy czoła, lub komu nie znika z twarzy uśmiech. Nie było wielu takich osób. Dziewczyny za mną nie przepadały, a chłopcy się mnie bali. Ale nie dziwię się im. Bo jak tu się nie bać dziewczyny, która przynosi z nocnego patrolu największy dotąd upolowany okaz samicy Paimona i wraz ze swoim podwładnym odpycha atak na wartownię?
Westchnęłam zrezygnowana i ruszyłam w stronę warsztatu Lilith. Po drodze zahaczyłam o magazyny i zabrałam stamtąd surowce zdobyte tej nocy. Magazynier Sofar wydał mi dwa wielkie worki zawiązane lnianym sznurkiem.
- To wszystko z dzisiaj?- spytał.
Skinęłam głową, na co gwizdnął pełen podziwu.
Zarzuciłam worki na plecy i ruszyłam w stronę warsztatu. Lilith czekała na mnie przed drzwiami.
- Neto Rohkea. Kto by się spodziewał?- uśmiechnęła się.
Wzięła ode mnie jeden z worków i wniosła go do środka.
- No. Zobaczmy, co ty tam masz...
Założyła grube gogle i rozwiązała wór. Wyciągnęła na stół jego zawartość i posortowała surowce.
- Paimon, Chaki i...- głos jej zamarł.- Ukko?
Jej oczy zalśniły.
- Pierwszy raz widzę jego sierść z bliska! To wasza robota?- spytała zafascynowana.
- Taaa... To ten co zakradł się do wartowni- wyjaśniłam.
Błysk w jej oczach świadczył o tym, że w swoich niezliczonych księgach ma wiele przydatnych elementów, które można z tego wszystkiego stworzyć. Zgodnie z moimi przypuszczeniami, podeszła do wielkiego regału i zaczęła przeszukiwać książki. Po kilku minutach wyciągnęła gruby tom i otworzyła go w miejscu zaznaczonym zieloną zakładką.
- Jakie elementy chcesz?- spytała.
Wzruszyłam ramionami z uśmiechem na ustach.
- To nie ja się na tym znam.
Zostawiając Lilith inicjatywę, miałam pewność, że otrzymany przedmiot będzie wytrzymały i użyteczny. Do teraz używałam pasa, który skonstruowała dla mnie dwa lata temu, po mojej pierwszej warcie.
- Jakaś konkretna kategoria cię interesuje?- spyała.
Pokręciłam głową.
Po chwili wyciągnęłam zza pasa kilka fiolek i dwa rogi.
- Jest jeszcze to- rzuciłam.
Pokiwała głową, po czym zebrała wszystko ze stołu i podeszła do wysokiego biurka.
- Potrzebuję czasu- stwierdziła.- Dużo czasu... Przyjdź jutro po południu.
Skinęłam głową i, aby jej nie przeszkadzać, wyszłam z warsztatu, zamykając za sobą drzwi.
Westchnęłam zrezygnowana i ruszyłam w stronę warsztatu Lilith. Po drodze zahaczyłam o magazyny i zabrałam stamtąd surowce zdobyte tej nocy. Magazynier Sofar wydał mi dwa wielkie worki zawiązane lnianym sznurkiem.
- To wszystko z dzisiaj?- spytał.
Skinęłam głową, na co gwizdnął pełen podziwu.
Zarzuciłam worki na plecy i ruszyłam w stronę warsztatu. Lilith czekała na mnie przed drzwiami.
- Neto Rohkea. Kto by się spodziewał?- uśmiechnęła się.
Wzięła ode mnie jeden z worków i wniosła go do środka.
- No. Zobaczmy, co ty tam masz...
Założyła grube gogle i rozwiązała wór. Wyciągnęła na stół jego zawartość i posortowała surowce.
- Paimon, Chaki i...- głos jej zamarł.- Ukko?
Jej oczy zalśniły.
- Pierwszy raz widzę jego sierść z bliska! To wasza robota?- spytała zafascynowana.
- Taaa... To ten co zakradł się do wartowni- wyjaśniłam.
Błysk w jej oczach świadczył o tym, że w swoich niezliczonych księgach ma wiele przydatnych elementów, które można z tego wszystkiego stworzyć. Zgodnie z moimi przypuszczeniami, podeszła do wielkiego regału i zaczęła przeszukiwać książki. Po kilku minutach wyciągnęła gruby tom i otworzyła go w miejscu zaznaczonym zieloną zakładką.
- Jakie elementy chcesz?- spytała.
Wzruszyłam ramionami z uśmiechem na ustach.
- To nie ja się na tym znam.
Zostawiając Lilith inicjatywę, miałam pewność, że otrzymany przedmiot będzie wytrzymały i użyteczny. Do teraz używałam pasa, który skonstruowała dla mnie dwa lata temu, po mojej pierwszej warcie.
- Jakaś konkretna kategoria cię interesuje?- spyała.
Pokręciłam głową.
Po chwili wyciągnęłam zza pasa kilka fiolek i dwa rogi.
- Jest jeszcze to- rzuciłam.
Pokiwała głową, po czym zebrała wszystko ze stołu i podeszła do wysokiego biurka.
- Potrzebuję czasu- stwierdziła.- Dużo czasu... Przyjdź jutro po południu.
Skinęłam głową i, aby jej nie przeszkadzać, wyszłam z warsztatu, zamykając za sobą drzwi.
Rozdział piąty?
Wyczerpani po walce wyszliśmy z windy. Do Cartera od razu podbiegła grupka przejętych dziewczyn. Poszukałam wzrokiem Mary, Lokiego i Orcusa, aby podziękować im za pełnioną służbę, ale nigdzie ich nie było.
Nagle poczułam jak coś włochatego wspina mi się po nodze. Schyliłam się i podniosłam wyrośniętą tchórzofretkę
- Musisz go jakoś nazwać- rzuciłam do Cartera, ignorując pełne nienawiści spojrzenie jego "fanek".
- Fred- odparł obojętnie.
- Fred? Czemu Fred?
Wzruszył ramionami.
- A czemu nie?
- W sumie racja- stwierdziłam.
W tym czasie Fred wdrapał mi się na ramię i wskoczył na Cartera. Posiadał geny latającej wiewiórki.
- Czemu się z żadną nie umówisz?- spytałam po chwili, wskazując głową odchodzący tłum.- Miałbyś spokój.
- Umówiłbym się, ale muszą ją lubić Coyote i Fred...
Zachichotałam.
- Kto by pomyślał, że komuś takiemu jak ty dziewczynę wybierać będą przyszywany starszy brat i tchórzofretka?
- W tym problem- westchnął.- Coyote lubi praktycznie wszystkie dziewczyny, za to Fred nie lubi żadnej.
Fred prychnął, na co roześmialiśmy się i ruszyliśmy w stronę magazynów.
- Neto!
Rozejrzałam się. Za nami biegł Saamed- wierny lizus mojego ojca.
- Coś się stało?- spytałam.
- Ojciec chce cię widzieć- odparł zdyszany.
Ruszyliśmy za nim. Gdy doszliśmy do białego budynku, Saamed wszedł do środka, każąc nam czekać. Po chwili wyszedł na zewnątrz.
- Możesz wejść- rzucił.
Carter ruszył za mną.
- Ty nie- rzucił Saamed.
Carter obrzucił go pogardliwym spojrzeniem, po czym zignorował jego zakaz i wszedł do środka.
Czekał tam na nas mój ojciec i jeden z Siedmiu Generałów Nowego Świata- Fene Rohkea. Siedział dumny i patrzący na otaczających go ludzi z pogardą i uczuciem wyższości. Ale taki powinien być Generał. Jednak mój ojciec był taki tylko pozornie. Wystarczyło, że się odezwie, a czar pryśnie. Tak było i tym razem...
- Neto, córciu! Usiądź, proszę- jego twarz rozpromieniła się.- Jak tam warta?
Wykonałam jego prośbę i usiadłam w wielkim, pasiastym fotelu.
- Mogło być lepiej.
Uśmiechnął się.
- Słyszałem, że upolowaliście niezłą sztukę...- urwał.- Carter, chłopcze! Jak ja cię dawno nie widziałem.
- Ja pana również, sir.
Po tych słowach zapadła cisza.
- Dlaczego nas wezwałeś?- spytałam w końcu.
Ojciec westchnął.
- Wiem, że nie łatwo jest tobie rozmawiać o tym ze mną, ale... Muszę odsunąć cię od służby...
Zerwałam się z fotela.
- CO?! Nie możesz tego zrobić!
Carter położył mi dłoń na ramieniu.
- Doszedłem to wniosku, że walka poza wioską jest zbyt niebezpieczna i mógłbym cię stracić...
- Więc lepiej kazać mi tu siedzieć i gnić wśród dziewczyn, które mnie nienawidzą, bo zadaję się z chłopakiem, który im się podoba?! Dziękuję bardzo, ale nie!
- Skąd taka decyzja, sir?- spytał spokojnie Carter.
- Doszły mnie słuchy, że Ukko i grupka Chaców dostały się do wartowni i wasza dwójka została, aby je pokonać. Dlaczego to zrobiliście?
Ojciec był zły.
- To jedyne wyjście z wioski. Jeśli by tam zostały, to unieruchomiłoby to nas na dłuższy czas- wyjaśniłam.
- To nie jedyne wyjście- odparł Fene, po czym dotarło do niego, co tak właściwie zrobił.
- Kto pilnuje tego drugiego?- spytał Carter.
- Oddział Coyote'a.
Carter podszedł do drzwi.
- Mogę odejść?- spytał.
Fene skinął głową, po czym Carter wyszedł z pomieszczenia i ruszył w sobie tylko znanym kierunku.
Poczułam coś w okolicy nóg. Otarło się o mnie, po czym wskoczyło mi na kolana. Jedną ręką pogładziłam Freda po jego miękkim futerku.
- Nie możesz mi tego zrobić- wyszeptałam.
- Neto... Martwię się o ciebie.
Westchnęłam.
- Wiem, ale... Służba jest dla mnie wszystkim. To przez nią poznałam Cartera, Lokiego, Orcusa, Marę, Coyote'a i całą resztę...
- Nie odsunę cię od służby, jeśli przyrzekniesz mi, że będziesz ostrożna.
Uśmiechnęłam się.
- Obiecuję... Tato.
Wstałam z fotela i wybiegłam na zewnątrz, mijając zdezorientowanego Saameda.
Nagle poczułam jak coś włochatego wspina mi się po nodze. Schyliłam się i podniosłam wyrośniętą tchórzofretkę
- Musisz go jakoś nazwać- rzuciłam do Cartera, ignorując pełne nienawiści spojrzenie jego "fanek".
- Fred- odparł obojętnie.
- Fred? Czemu Fred?
Wzruszył ramionami.
- A czemu nie?
- W sumie racja- stwierdziłam.
W tym czasie Fred wdrapał mi się na ramię i wskoczył na Cartera. Posiadał geny latającej wiewiórki.
- Czemu się z żadną nie umówisz?- spytałam po chwili, wskazując głową odchodzący tłum.- Miałbyś spokój.
- Umówiłbym się, ale muszą ją lubić Coyote i Fred...
Zachichotałam.
- Kto by pomyślał, że komuś takiemu jak ty dziewczynę wybierać będą przyszywany starszy brat i tchórzofretka?
- W tym problem- westchnął.- Coyote lubi praktycznie wszystkie dziewczyny, za to Fred nie lubi żadnej.
Fred prychnął, na co roześmialiśmy się i ruszyliśmy w stronę magazynów.
- Neto!
Rozejrzałam się. Za nami biegł Saamed- wierny lizus mojego ojca.
- Coś się stało?- spytałam.
- Ojciec chce cię widzieć- odparł zdyszany.
Ruszyliśmy za nim. Gdy doszliśmy do białego budynku, Saamed wszedł do środka, każąc nam czekać. Po chwili wyszedł na zewnątrz.
- Możesz wejść- rzucił.
Carter ruszył za mną.
- Ty nie- rzucił Saamed.
Carter obrzucił go pogardliwym spojrzeniem, po czym zignorował jego zakaz i wszedł do środka.
Czekał tam na nas mój ojciec i jeden z Siedmiu Generałów Nowego Świata- Fene Rohkea. Siedział dumny i patrzący na otaczających go ludzi z pogardą i uczuciem wyższości. Ale taki powinien być Generał. Jednak mój ojciec był taki tylko pozornie. Wystarczyło, że się odezwie, a czar pryśnie. Tak było i tym razem...
- Neto, córciu! Usiądź, proszę- jego twarz rozpromieniła się.- Jak tam warta?
Wykonałam jego prośbę i usiadłam w wielkim, pasiastym fotelu.
- Mogło być lepiej.
Uśmiechnął się.
- Słyszałem, że upolowaliście niezłą sztukę...- urwał.- Carter, chłopcze! Jak ja cię dawno nie widziałem.
- Ja pana również, sir.
Po tych słowach zapadła cisza.
- Dlaczego nas wezwałeś?- spytałam w końcu.
Ojciec westchnął.
- Wiem, że nie łatwo jest tobie rozmawiać o tym ze mną, ale... Muszę odsunąć cię od służby...
Zerwałam się z fotela.
- CO?! Nie możesz tego zrobić!
Carter położył mi dłoń na ramieniu.
- Doszedłem to wniosku, że walka poza wioską jest zbyt niebezpieczna i mógłbym cię stracić...
- Więc lepiej kazać mi tu siedzieć i gnić wśród dziewczyn, które mnie nienawidzą, bo zadaję się z chłopakiem, który im się podoba?! Dziękuję bardzo, ale nie!
- Skąd taka decyzja, sir?- spytał spokojnie Carter.
- Doszły mnie słuchy, że Ukko i grupka Chaców dostały się do wartowni i wasza dwójka została, aby je pokonać. Dlaczego to zrobiliście?
Ojciec był zły.
- To jedyne wyjście z wioski. Jeśli by tam zostały, to unieruchomiłoby to nas na dłuższy czas- wyjaśniłam.
- To nie jedyne wyjście- odparł Fene, po czym dotarło do niego, co tak właściwie zrobił.
- Kto pilnuje tego drugiego?- spytał Carter.
- Oddział Coyote'a.
Carter podszedł do drzwi.
- Mogę odejść?- spytał.
Fene skinął głową, po czym Carter wyszedł z pomieszczenia i ruszył w sobie tylko znanym kierunku.
Poczułam coś w okolicy nóg. Otarło się o mnie, po czym wskoczyło mi na kolana. Jedną ręką pogładziłam Freda po jego miękkim futerku.
- Nie możesz mi tego zrobić- wyszeptałam.
- Neto... Martwię się o ciebie.
Westchnęłam.
- Wiem, ale... Służba jest dla mnie wszystkim. To przez nią poznałam Cartera, Lokiego, Orcusa, Marę, Coyote'a i całą resztę...
- Nie odsunę cię od służby, jeśli przyrzekniesz mi, że będziesz ostrożna.
Uśmiechnęłam się.
- Obiecuję... Tato.
Wstałam z fotela i wybiegłam na zewnątrz, mijając zdezorientowanego Saameda.
Rozdział czwarty?
Jednym ruchem wyszarpnęłam nóż i wbiłam go między drzwi. Te otworzyły się z lekkim skrzypnięciem. W jednej chwili znalazłam się na zewnątrz i nie zważając na sprzeciwy Coyote'a pobiegłam od Cartera.
- Co ty tu jeszcze robisz?- syknął, odpychając kły Chaców.
- Jeśli bym cię zostawiła samego, to jakim byłabym dowódcą?
Uśmiechnął się, po czym odwrócił się do Coyote'a.
- Zabierz ich na dół.
Mężczyzna skinął głową i wcisnął ponownie przycisk. Drzwi zamknęły się z cichym klaśnięciem.
W tym czasie odepchnięte przez Cartera Chaki podfrunęły ponownie. Wyciągnęłam zza pasa dwa noże z hartowanej stali. Carter odpiął od swojego pasa długi, ciężki łańcuch, który nie służył tylko do ozdoby. Zamachnął się nim i kilka pierwszych mutantów poleciało w tył.
- Musimy je stąd wypchnąć.
Skinęłam głową.
Podbiegłam do windy i szybkim ruchem złapałam leżący przed nią trójząb Orcusa. Carter machał łańcuchem, odpędzając napastników. Po chwili Chaki uciekły zniechęcone. Pozostał tylko Ukko. Przyglądał się naszym zmaganiom z zainteresowaniem. W jego oczach krył się niezrozumiały dla mnie płomień. Carter zamachnął się i zdzielił go łańcuchem między oczy.
- Neto! Nóż!- krzyknął.
Otrząsnęłam się i rzuciłam jednym z noży. Niestety, Ukko uchylił się, więc ostrze wbiło się w jego kark, prawie go nie raniąc. Syknął rozdrażniony.
- Co ty robisz?- spytał Carter.
- Nie mam pojęcia- odparłam, rzucając drugi nóż.
Tym razem trafiłam w cel. Ukko warknął, po czym zlizał krew, ściekającą z jego czoła.
- Jakim cudem?- głos mi się załamał.
Powinien paść na ziemię jak długi, abyśmy mogli wywalić jego śmierdzące truchło ze środka i zostawić je na pastwę Choców. Jednak on tam stał, jakby nic się nie stało. Stałam jak zahipnotyzowana, wpatrując się w jego wielkie, szare oczy. Poczułam lekkie uderzenie w policzek.
- Kurde, Neto. Nie dość, że mnie nie słuchasz, to jeszcze przechodzisz na ciemną stronę mocy?
Uśmiechnęłam się.
Carter podbiegł do Ukko i owinął łańcuch wokół jego szyi. Drugą ręką chwycił mój nóż i wbił go mocniej, aż do mózgu zwierzęcia. Rozległ się przeraźliwy ryk.
Przerażona spojrzałam na Cartera. Był dużo szybszy i zwinniejszy niż zazwyczaj. On coś ukrywał.
- No- rzucił z ulgą.- Już koniec.
W ciszy pomogłam mu wyrzucić martwe ciało poza teren wartowni.
- Wracajmy do domu- wyszeptałam, gdy upewnił się, że brama jest dobrze zamknięta.
Skinął głową, po czym pozbieraliśmy leżącą wokoło broń i weszliśmy do windy.
- Co ty tu jeszcze robisz?- syknął, odpychając kły Chaców.
- Jeśli bym cię zostawiła samego, to jakim byłabym dowódcą?
Uśmiechnął się, po czym odwrócił się do Coyote'a.
- Zabierz ich na dół.
Mężczyzna skinął głową i wcisnął ponownie przycisk. Drzwi zamknęły się z cichym klaśnięciem.
W tym czasie odepchnięte przez Cartera Chaki podfrunęły ponownie. Wyciągnęłam zza pasa dwa noże z hartowanej stali. Carter odpiął od swojego pasa długi, ciężki łańcuch, który nie służył tylko do ozdoby. Zamachnął się nim i kilka pierwszych mutantów poleciało w tył.
- Musimy je stąd wypchnąć.
Skinęłam głową.
Podbiegłam do windy i szybkim ruchem złapałam leżący przed nią trójząb Orcusa. Carter machał łańcuchem, odpędzając napastników. Po chwili Chaki uciekły zniechęcone. Pozostał tylko Ukko. Przyglądał się naszym zmaganiom z zainteresowaniem. W jego oczach krył się niezrozumiały dla mnie płomień. Carter zamachnął się i zdzielił go łańcuchem między oczy.
- Neto! Nóż!- krzyknął.
Otrząsnęłam się i rzuciłam jednym z noży. Niestety, Ukko uchylił się, więc ostrze wbiło się w jego kark, prawie go nie raniąc. Syknął rozdrażniony.
- Co ty robisz?- spytał Carter.
- Nie mam pojęcia- odparłam, rzucając drugi nóż.
Tym razem trafiłam w cel. Ukko warknął, po czym zlizał krew, ściekającą z jego czoła.
- Jakim cudem?- głos mi się załamał.
Powinien paść na ziemię jak długi, abyśmy mogli wywalić jego śmierdzące truchło ze środka i zostawić je na pastwę Choców. Jednak on tam stał, jakby nic się nie stało. Stałam jak zahipnotyzowana, wpatrując się w jego wielkie, szare oczy. Poczułam lekkie uderzenie w policzek.
- Kurde, Neto. Nie dość, że mnie nie słuchasz, to jeszcze przechodzisz na ciemną stronę mocy?
Uśmiechnęłam się.
Carter podbiegł do Ukko i owinął łańcuch wokół jego szyi. Drugą ręką chwycił mój nóż i wbił go mocniej, aż do mózgu zwierzęcia. Rozległ się przeraźliwy ryk.
Przerażona spojrzałam na Cartera. Był dużo szybszy i zwinniejszy niż zazwyczaj. On coś ukrywał.
- No- rzucił z ulgą.- Już koniec.
W ciszy pomogłam mu wyrzucić martwe ciało poza teren wartowni.
- Wracajmy do domu- wyszeptałam, gdy upewnił się, że brama jest dobrze zamknięta.
Skinął głową, po czym pozbieraliśmy leżącą wokoło broń i weszliśmy do windy.
Rozdział trzeci?
- Ja zostanę- rzucił Orcus.- I tak ktoś musi pilnować bramy.
Skinęłam głową. Jeśli zaszłaby taka potrzeba przybyłby do wioski szybciej niż ktokolwiek inny, a poza tym i tak nasza zmiana niedługo się kończyła.
Loki zaciągnął paimonie truchło do windy, którą zjeżdżało się pod ziemię.
- Piętnaście minut- rzuciłam z uśmiechem.- Dasz radę?
Skinął głową. Weszliśmy do windy.
W tym czasie rozległo się pukanie do bramy.
- Czego?- warknął zwyczajowo Orcus.
- Orcus na bramie?- zdziwił się ktoś z drugiej strony.- Wróciliśmy.
- To Piąty Oddział Pustynnych Węży- wyjaśniła Mara.- Wychodzili kilka godzin temu.
Orcus podszedł do żelaznego uchwytu i pociągnął go w górę. Brama otworzyła się. Przez szczelinę weszło do środka czterech mężczyzn. Każdy z nich miał za pasem krótki nóż, a przy pasie długi, ciemny bat.
- Neto!- ucieszył się wysoki granatowowłosy.
Farbowane włosy na kolor, który w przeszłości uznanoby za nietypowy, nie były czymś dziwnym.
Uśmiechnęłam się.
- Coyote, kopę lat!
Coyote przyjrzał się naszej zdobyczy, teraz zalegającej w windzie i gwizdnął z podziwem.
- Takiego okazałego cielska to już dawno nie widziałem martwego. To wasza sprawka?- spytał.
- A czyja miałaby być?- spytał Carter z uśmiechem.
Carter traktował Coyote'a jak starszego brata. Nic w tym dziwnego- wychowywali się razem.
- A wy coś upolowaliście?- spytała Mara.
Coyote z dumą pokazał jej grupkę pokaźnych Chaców.
- W sumie to upolowaliśmy je niecały kilometr od bazy. Ciekawe, co tu robiły...
- Nie mam pojęcia- Carter zaśmiał się zakłopotany.
Coyote przyjrzał mu się uważnie.
- Serio? No nieważne. Padam na ryj.
- My też musimy wracać- rzucił Loki.
Skinęłam głową.
Cały Oddział Pustynnych Węży wszedł do windy. Dołączyli do nich Loki i Mara.
- Na pewno dasz sobie radę?- spytałam Orcusa.
- Jasne- rzucił.- Idźcie już.
Stanęłam obok Coyote'a i Cartera. Mara wcisnęła przycisk z napisem "BAZA" i usłyszeliśmy ciche piknięcie.
Orcus podszedł do bramy i zrzucił ją na piasek. Jednak nie zamknęła się. Przeszkodził jej w tym dość pokaźny Chac, a właściwie jego ogon. Chwilę potem do środka wsunęła się jego głowa i z sykiem wpełzł do wartowni. Orcus chwycił swój trójząb i nabił na niego Chaca.
- Uciekajcie!- krzyknął.
Nie mogłam zostawić swojego człowieka na pastwę potworów. Zrobiłam krok do przodu.
- Ja pójdę- powstrzymał mnie Carter, po czym zwrócił się do swojego brata.- Pilnuj jej.
Wyskoczył z windy i wepchnął na swoje miejsce zdezorientowanego Orcusa. W tym czasie do środka zaczęły wpełzać inne stwory. Wśród nich był Ukko- pół lis- pół orzeł.
- CARTER!- krzyknęłam ze łzami w oczach.
Te potężne monstra były nie do pokonania w pojedynkę, niezależnie od poziomu wojownika.
Coyote złapał mnie w pół.
- Musisz uciekać- powiedział.
Jemu też było trudno zostawić Cartera. Zrezygnowana przestałam się rzucać.
Carter odwrócił się z uśmiechem na ustach.
W tym momencie zamknęły się drzwi windy.
Skinęłam głową. Jeśli zaszłaby taka potrzeba przybyłby do wioski szybciej niż ktokolwiek inny, a poza tym i tak nasza zmiana niedługo się kończyła.
Loki zaciągnął paimonie truchło do windy, którą zjeżdżało się pod ziemię.
- Piętnaście minut- rzuciłam z uśmiechem.- Dasz radę?
Skinął głową. Weszliśmy do windy.
W tym czasie rozległo się pukanie do bramy.
- Czego?- warknął zwyczajowo Orcus.
- Orcus na bramie?- zdziwił się ktoś z drugiej strony.- Wróciliśmy.
- To Piąty Oddział Pustynnych Węży- wyjaśniła Mara.- Wychodzili kilka godzin temu.
Orcus podszedł do żelaznego uchwytu i pociągnął go w górę. Brama otworzyła się. Przez szczelinę weszło do środka czterech mężczyzn. Każdy z nich miał za pasem krótki nóż, a przy pasie długi, ciemny bat.
- Neto!- ucieszył się wysoki granatowowłosy.
Farbowane włosy na kolor, który w przeszłości uznanoby za nietypowy, nie były czymś dziwnym.
Uśmiechnęłam się.
- Coyote, kopę lat!
Coyote przyjrzał się naszej zdobyczy, teraz zalegającej w windzie i gwizdnął z podziwem.
- Takiego okazałego cielska to już dawno nie widziałem martwego. To wasza sprawka?- spytał.
- A czyja miałaby być?- spytał Carter z uśmiechem.
Carter traktował Coyote'a jak starszego brata. Nic w tym dziwnego- wychowywali się razem.
- A wy coś upolowaliście?- spytała Mara.
Coyote z dumą pokazał jej grupkę pokaźnych Chaców.
- W sumie to upolowaliśmy je niecały kilometr od bazy. Ciekawe, co tu robiły...
- Nie mam pojęcia- Carter zaśmiał się zakłopotany.
Coyote przyjrzał mu się uważnie.
- Serio? No nieważne. Padam na ryj.
- My też musimy wracać- rzucił Loki.
Skinęłam głową.
Cały Oddział Pustynnych Węży wszedł do windy. Dołączyli do nich Loki i Mara.
- Na pewno dasz sobie radę?- spytałam Orcusa.
- Jasne- rzucił.- Idźcie już.
Stanęłam obok Coyote'a i Cartera. Mara wcisnęła przycisk z napisem "BAZA" i usłyszeliśmy ciche piknięcie.
Orcus podszedł do bramy i zrzucił ją na piasek. Jednak nie zamknęła się. Przeszkodził jej w tym dość pokaźny Chac, a właściwie jego ogon. Chwilę potem do środka wsunęła się jego głowa i z sykiem wpełzł do wartowni. Orcus chwycił swój trójząb i nabił na niego Chaca.
- Uciekajcie!- krzyknął.
Nie mogłam zostawić swojego człowieka na pastwę potworów. Zrobiłam krok do przodu.
- Ja pójdę- powstrzymał mnie Carter, po czym zwrócił się do swojego brata.- Pilnuj jej.
Wyskoczył z windy i wepchnął na swoje miejsce zdezorientowanego Orcusa. W tym czasie do środka zaczęły wpełzać inne stwory. Wśród nich był Ukko- pół lis- pół orzeł.
- CARTER!- krzyknęłam ze łzami w oczach.
Te potężne monstra były nie do pokonania w pojedynkę, niezależnie od poziomu wojownika.
Coyote złapał mnie w pół.
- Musisz uciekać- powiedział.
Jemu też było trudno zostawić Cartera. Zrezygnowana przestałam się rzucać.
Carter odwrócił się z uśmiechem na ustach.
W tym momencie zamknęły się drzwi windy.
Rozdział drugi?
Po góra kilkunastu minutach dotarliśmy do potężnej żelaznej bramy z namalowanym zamkniętym okiem. Carter rozejrzał się po piaszczystych wzgórzach, po czym kopnął w bramę. Oko otworzyło się.
- Czego?- spytał zirytowany głos.
- Wróciliśmy- rzuciłam.
Usłyszeliśmy westchnięcie i ciche zgrzyty. Po chwili oko ponownie zamknęło się, a brama podjechała do góry. Zrzuciłam Paimona na piach i wsunęłam go w szczelinę. Natychmiast rozległ się pisk.
- Mara, to już nie żyje- uspokoiłam ją.
Mara zaklęła cicho.
- Wchodźcie- warknęła.
Cała nasza czwórka przecisnęła się pod bramą. Orcus wciągnął naszą zdobycz, po czym opuścił wrota.
- Zamknij dobrze- polecił mu Loki.
Mara patrzyła na nas uważnie, oczekując wyjaśnień.
- Spotkaliśmy grupkę Chaców (skrzydlatych węży)- wyjaśniłam.- Nic poważnego, ale uciążliwe są.
- Szczególnie w środku- dodał Carter z tym swoim uśmieszkiem.
- A tak poza tym, to jak się udał obchód?- spytała wyraźnie niezadowolona z tego, że musiała zostać.
Wyszarpnęłam nóż z truchła.
- O jednego Paimona mniej- rzuciłam.
Od razu krew zaczęła lecieć. Podeszłam do wysokiej półki i zdjęłam czarne pudełko.Po chwili poszukiwań, wyciągnęłam z niego kilka długich probówek z korkiem. Rzuciłam je Lokiemu, który złapał je w locie i zaczął odciągać do nich krew Paimona.
W tym samym czasie Carter wyjął swój nóż i zaczął odcinać rogi oraz rozcinać skórę. Sierść Paimonów była czarna jak noc, jednak ich skóra biała w ciemne łaty. Były one jedną z wielu anomalii naszego świata.
Musieliśmy jak najszybciej uporać się z robotą, ponieważ krew zaczęła już tracić swoje właściwości, a skóra nasiąkła wilgocią i rozciągnęła się lekko. Gdy skończyliśmy, rozległo się stukanie do drzwi.
- Czego?- warknęła Mara.
- Ma- rozległo się.
Dziewczyna cofnęła się momentalnie. Do jej oczu napłynęły łzy.
- Ma-ra...
- To... Amon.
Jej ręka mimowolnie powędrowała do uchwytu bramy.
- Nie rób tego- ostrzegł ją Carter.
- Ale... Amon wrócił!
Carter podszedł do niej i złapał ją za nadgarstek. Był spokojny i wiedział, co robi. O niej nie można było tego powiedzieć. Jej warga drżała, a oczy wyglądały jakby zrobiono je ze szkła.
- Nie rób tego- powtórzył.
- Ma-ra- rozległo się ponownie.
- Oj zamknij się!- krzyknął Carter, kopiąc bramę.
Po drugiej stronie coś syknęło.
- Słyszysz?- spytał wściekły Carter.- Słyszysz syk twojego Amona? To NIE jest Amon!
Mara opuściła głowę.
- Przepraszam- wyszeptała.- Oficerze!- zwróciła się do mnie.- Proszę o natychmiastowe odsunięcie od służby!
Jej determinacja i nagła prośba zaskoczyły mnie.
- Odmawiam.
- A-ale... Zagrażam członkom oddziału... Przez moją nieuwagę prawie...
- Ale do tego nie doszło- przerwałam jej.- Co to było, do cholery?
Loki zamyślił się. Na jego czole pojawiła się mała zmarszczka, co świadczyło o tym, że przeszukuje swoje dane. Można było na nim polegać jeśli w grę wchodziły jakiekolwiek dane.
- Wydaje mi się, że to bardzo rozwinięty Hati. Tylko one potrafią naśladować ludzkie głosy. Tylko, że...
- One nie syczą- dokończył Carter.
Loki skinął głową, wprawiając w ruch swoje złociste włosy. Jasne włosy były rzadkością. Dlatego był z nich taki dumny.
- Więc musiało to być coś innego. Dopuszczalna jest też możliwość krzyżówki Hatiego z chociażby Jigarem.
Orcus zbladł.
- Ale to by oznaczało, że jeśli dostałby się do środka...- zaczął.
- Wymordowałby nas i całą wioskę- dokończyłam.
Żadne z Dzieci Pustyni nie spotkało nigdy Jigara, jednak wiedzieliśmy, że istoty takie jak one nie miały prawa istnieć. Były po prostu zbyt potężne, więc połączenie ich z jakimkolwiek innym monstrum było nie o pomyślenia.
Zacisnęłam zęby na samą myśl o tym, że nasza podziemna wioska mogłaby kiedykolwiek przestać istnieć.
- Nie wiem jak wy, ale spadam stąd- rzucił od niechcenia Carter.
- Czego?- spytał zirytowany głos.
- Wróciliśmy- rzuciłam.
Usłyszeliśmy westchnięcie i ciche zgrzyty. Po chwili oko ponownie zamknęło się, a brama podjechała do góry. Zrzuciłam Paimona na piach i wsunęłam go w szczelinę. Natychmiast rozległ się pisk.
- Mara, to już nie żyje- uspokoiłam ją.
Mara zaklęła cicho.
- Wchodźcie- warknęła.
Cała nasza czwórka przecisnęła się pod bramą. Orcus wciągnął naszą zdobycz, po czym opuścił wrota.
- Zamknij dobrze- polecił mu Loki.
Mara patrzyła na nas uważnie, oczekując wyjaśnień.
- Spotkaliśmy grupkę Chaców (skrzydlatych węży)- wyjaśniłam.- Nic poważnego, ale uciążliwe są.
- Szczególnie w środku- dodał Carter z tym swoim uśmieszkiem.
- A tak poza tym, to jak się udał obchód?- spytała wyraźnie niezadowolona z tego, że musiała zostać.
Wyszarpnęłam nóż z truchła.
- O jednego Paimona mniej- rzuciłam.
Od razu krew zaczęła lecieć. Podeszłam do wysokiej półki i zdjęłam czarne pudełko.Po chwili poszukiwań, wyciągnęłam z niego kilka długich probówek z korkiem. Rzuciłam je Lokiemu, który złapał je w locie i zaczął odciągać do nich krew Paimona.
W tym samym czasie Carter wyjął swój nóż i zaczął odcinać rogi oraz rozcinać skórę. Sierść Paimonów była czarna jak noc, jednak ich skóra biała w ciemne łaty. Były one jedną z wielu anomalii naszego świata.
Musieliśmy jak najszybciej uporać się z robotą, ponieważ krew zaczęła już tracić swoje właściwości, a skóra nasiąkła wilgocią i rozciągnęła się lekko. Gdy skończyliśmy, rozległo się stukanie do drzwi.
- Czego?- warknęła Mara.
- Ma- rozległo się.
Dziewczyna cofnęła się momentalnie. Do jej oczu napłynęły łzy.
- Ma-ra...
- To... Amon.
Jej ręka mimowolnie powędrowała do uchwytu bramy.
- Nie rób tego- ostrzegł ją Carter.
- Ale... Amon wrócił!
Carter podszedł do niej i złapał ją za nadgarstek. Był spokojny i wiedział, co robi. O niej nie można było tego powiedzieć. Jej warga drżała, a oczy wyglądały jakby zrobiono je ze szkła.
- Nie rób tego- powtórzył.
- Ma-ra- rozległo się ponownie.
- Oj zamknij się!- krzyknął Carter, kopiąc bramę.
Po drugiej stronie coś syknęło.
- Słyszysz?- spytał wściekły Carter.- Słyszysz syk twojego Amona? To NIE jest Amon!
Mara opuściła głowę.
- Przepraszam- wyszeptała.- Oficerze!- zwróciła się do mnie.- Proszę o natychmiastowe odsunięcie od służby!
Jej determinacja i nagła prośba zaskoczyły mnie.
- Odmawiam.
- A-ale... Zagrażam członkom oddziału... Przez moją nieuwagę prawie...
- Ale do tego nie doszło- przerwałam jej.- Co to było, do cholery?
Loki zamyślił się. Na jego czole pojawiła się mała zmarszczka, co świadczyło o tym, że przeszukuje swoje dane. Można było na nim polegać jeśli w grę wchodziły jakiekolwiek dane.
- Wydaje mi się, że to bardzo rozwinięty Hati. Tylko one potrafią naśladować ludzkie głosy. Tylko, że...
- One nie syczą- dokończył Carter.
Loki skinął głową, wprawiając w ruch swoje złociste włosy. Jasne włosy były rzadkością. Dlatego był z nich taki dumny.
- Więc musiało to być coś innego. Dopuszczalna jest też możliwość krzyżówki Hatiego z chociażby Jigarem.
Orcus zbladł.
- Ale to by oznaczało, że jeśli dostałby się do środka...- zaczął.
- Wymordowałby nas i całą wioskę- dokończyłam.
Żadne z Dzieci Pustyni nie spotkało nigdy Jigara, jednak wiedzieliśmy, że istoty takie jak one nie miały prawa istnieć. Były po prostu zbyt potężne, więc połączenie ich z jakimkolwiek innym monstrum było nie o pomyślenia.
Zacisnęłam zęby na samą myśl o tym, że nasza podziemna wioska mogłaby kiedykolwiek przestać istnieć.
- Nie wiem jak wy, ale spadam stąd- rzucił od niechcenia Carter.
Rozdział pierwszy?
- Carter, zaczekaj!- krzyknęłam, gdy ruszył w stronę mutanta.
Chłopak machnął ręką, po czym wyciągnął myśliwski nóż i powoli podszedł do Paimona. Samica jeszcze żyła. Świadczył o tym jej ciężki oddech i głośne posapywania. Wciąż była niebezpieczna, jednak z przestrzeloną nogą była unieruchomiona. Na szczęście Paimony nie posiadały kłów, a ugryzienie ich trzonowcami zazwyczaj nie kończyło się źle.
- Muzimy się uwijać- przypomniał Loki.- Krew Paimonów ma bardzo słodki zapach.
- Co masz na myśli?- spytałam.
- Pamiętasz, jak mówiłem ci, że bardzo często się samookaleczają?
Skinęłam głową.
- Aby zwabić inne stwory, które wpadną w pułapkę i zostaną pożarte. Ale co to ma do rzeczy?
Jakby w odpowiedzi na moje pytanie, spod gorącego piachu zaczęły wypełzać mniejsze lub większe monstra, wyglądem przypominające uskrzydlone węże lub skorpiony. Po kolei wzlatywały w powietrze i kierowały się w stronę zdychającego zwierzęcia.
Carter nawet na nie nie spojrzał. Udawał, że ich nie widzi, aby zmusić mnie do działania. Wiedziałam, że nie pozwoli im się zbliżyć, jednak każda z wart była zbyt niebezpieczna, aby tak ryzykować. Poza tym właśnie przez takie głupstwa straciliśmy zbyt wielu ludzi.
Bez namysłu odbezpieczyłam granat dźwiękowy i rzuciłam nim w Cartera, który się lekko skrzywił. Stwory zaczęły syczeć i cofać się z dala od niego. Niektóre z nich usiłowały przysypać się piachem, ale emitowane przez granat ultradźwięki sprawiały, że wpadały w szał i przestawały.
Powietrze przeszył wściekły ryk. Paimon wierzgał kopytami, co powodowało obfitsze krwawienie.
W jednej chwili znalazłam się koło Cartera i zdzieliłam go w twarz.
- Nigdy- rzuciłam z wściekłością w oczach.
- Nigdy- potwierdził, uśmiechając się.
Uspokojona tym, że zrozumiał przekaz, uklękłam przy Paimonie i chwyciłam własny nóż. Aż po rękojeść wbiłam go w miękkie i soczyste mięso przy łopatce. Z łatwością dotarłam do serca i przecięłam je w pół.
- 40 sekund- przypomniał mi odliczający Orcus.
Zostawiwszy nóż w sercu (co zapobiegało dalszemu krwawieniu), spętałam kończyny naszej ofiary i zarzuciłam ją sobie na ramię.
- Idziemy- rzuciłam, po czym ruszyliśmy w stronę wartowni.
Gdy oddaliliśmy się na bezpieczną odległość, usłyszeliśmy cichy huk, co oznaczało, że musimy się pospieszyć.
Działanie granatu uległo końcowi.
Notka wyjaśnienia:
granat dźwiękowy (jak każda broń tego rodzaju) emituje ultradźwięki słyszane tylko przez zmutowane zwierzęta, co powoduje rozdrażnienie, poczucie zagrożenia, strach i ogólnie dlatego latające węże się cofały. niestety mają one określony czas działania, który kończy się hukiem.
Chłopak machnął ręką, po czym wyciągnął myśliwski nóż i powoli podszedł do Paimona. Samica jeszcze żyła. Świadczył o tym jej ciężki oddech i głośne posapywania. Wciąż była niebezpieczna, jednak z przestrzeloną nogą była unieruchomiona. Na szczęście Paimony nie posiadały kłów, a ugryzienie ich trzonowcami zazwyczaj nie kończyło się źle.
- Muzimy się uwijać- przypomniał Loki.- Krew Paimonów ma bardzo słodki zapach.
- Co masz na myśli?- spytałam.
- Pamiętasz, jak mówiłem ci, że bardzo często się samookaleczają?
Skinęłam głową.
- Aby zwabić inne stwory, które wpadną w pułapkę i zostaną pożarte. Ale co to ma do rzeczy?
Jakby w odpowiedzi na moje pytanie, spod gorącego piachu zaczęły wypełzać mniejsze lub większe monstra, wyglądem przypominające uskrzydlone węże lub skorpiony. Po kolei wzlatywały w powietrze i kierowały się w stronę zdychającego zwierzęcia.
Carter nawet na nie nie spojrzał. Udawał, że ich nie widzi, aby zmusić mnie do działania. Wiedziałam, że nie pozwoli im się zbliżyć, jednak każda z wart była zbyt niebezpieczna, aby tak ryzykować. Poza tym właśnie przez takie głupstwa straciliśmy zbyt wielu ludzi.
Bez namysłu odbezpieczyłam granat dźwiękowy i rzuciłam nim w Cartera, który się lekko skrzywił. Stwory zaczęły syczeć i cofać się z dala od niego. Niektóre z nich usiłowały przysypać się piachem, ale emitowane przez granat ultradźwięki sprawiały, że wpadały w szał i przestawały.
Powietrze przeszył wściekły ryk. Paimon wierzgał kopytami, co powodowało obfitsze krwawienie.
W jednej chwili znalazłam się koło Cartera i zdzieliłam go w twarz.
- Nigdy- rzuciłam z wściekłością w oczach.
- Nigdy- potwierdził, uśmiechając się.
Uspokojona tym, że zrozumiał przekaz, uklękłam przy Paimonie i chwyciłam własny nóż. Aż po rękojeść wbiłam go w miękkie i soczyste mięso przy łopatce. Z łatwością dotarłam do serca i przecięłam je w pół.
- 40 sekund- przypomniał mi odliczający Orcus.
Zostawiwszy nóż w sercu (co zapobiegało dalszemu krwawieniu), spętałam kończyny naszej ofiary i zarzuciłam ją sobie na ramię.
- Idziemy- rzuciłam, po czym ruszyliśmy w stronę wartowni.
Gdy oddaliliśmy się na bezpieczną odległość, usłyszeliśmy cichy huk, co oznaczało, że musimy się pospieszyć.
Działanie granatu uległo końcowi.
***
Notka wyjaśnienia:
granat dźwiękowy (jak każda broń tego rodzaju) emituje ultradźwięki słyszane tylko przez zmutowane zwierzęta, co powoduje rozdrażnienie, poczucie zagrożenia, strach i ogólnie dlatego latające węże się cofały. niestety mają one określony czas działania, który kończy się hukiem.
Prolog?
Od wieków ludzie żyli w błogiej nieświadomości.
Nie wiedzieli, co tak naprawdę skrywa świat.
Jednak po upływie tysięcy lat uświadomili sobie głupotę swojego postępowania.
Ale było już za późno.
Stało się to, czego obawiali się wszyscy naukowcy XXI wieku.
Planeta Ziemia obumarła, a na jej powierzchnię wypełzły wszystkie ludzkie grzechy.
***
Rutyna, jaką stało się patrolowanie rozległych pustyń i ogromnych kraterów, stała się tak nudna, że już bardziej nie może. Jedyne, co mnie tu jeszcze trzyma to fakt, że jako córka jednego z "generałów" nie mogę sobie pozwolić na pozostawienie plemienia. Poza tym jestem jedną z najlepszych, a utraty kogoś takiego jak ja moi ludzie nie znieśliby.
A no tak... Zapomniałam się przedstawić. Ale tak naprawdę, to nie jestem nikim szczególnym. Jestem Neto Rohkea, ukochana córka jednego z Siedmiu Generałów Nowego Świata, przywódca Drugiego Oddziału Dzieci Pustyni, jeden z najlepszych wojowników. A tak poza tym wszystkim, to jestem zwykłą nastolatką. Długie jasne włosy zazwyczaj upinam w wysoką kitkę. Ponad to szarooka, piegowata, naznaczona licznymi bliznami, będącymi pamiątkami po potężnych przeciwnikach.
Tego dnia odbywał się mój 4718 z kolei patrol. Wiem, że trudno w to uwierzyć, ale na takim nudnym zadupiu pamięta się nawet ilość wart. Z początku nic się nie działo, jednak powietrze pachniało inaczej niż w zwyczajną noc.
- Zwołaj wszystkich- rozkazałam Orcusowi, po czym zaczęłam nasłuchiwać.
Coś się zbliżało.
I to się czuło.
Nagle powietrze przeszył wściekły ryk, a zza wydm wyłoniły się czarne, kręcone rogi.
Jeden rzut oka wystarczył, aby rozpoznać wroga.
- Paimon- krzyknęłam.
Drugi Oddział Dzieci Pustyni uwijał się jak nigdy. Ale nie ma co się dziwić. Paimony to potężne bestie powstałe ze skrzyżowania pantery z bykiem. I tylko one posiadały ostre, czarne jak noc rogi, które w ich rękach (a w tym wypadku kopytach) tworzyły śmiertelną broń.
Obok mnie ustawił się szereg moich podwładnych. Każdy z nich był wyjątkowy i posiadał specjalne umiejętności. Taki na przykład Orcus był cieniem- poruszał się bezszelestnie, dzięki czemu był idealnym łącznikiem.
- Carter, broń- rzuciłam do wysokiego, ciemnowłosego chłopaka.
Podał mi długi karabin o szerokiej lufie. Ułożyłam go wygodnie na ramieniu i wycelowałam.
- Loki- zawołałam mojego informatora.- Co wiemy o Paimonach?
Chłopak zastanowił się chwilę, przeszukując swoje bazy danych.
- Skrzyżowanie pantery i byka, silne pazury przednich łap, ostre rogi, brutalna siła, zazwyczaj atakują samodzielnie, słabym punktem są tylne łapy i ogon- wyrzucił jednym tchem.
Skinęłam głową na znak, że wystarczy.
Paimon był coraz bliżej. Z tej odległości dało się odnotować więcej szczegółów na jego temat.
Była to może siedmioletnia samica. Zawędrowała tu prawdopodobnie w poszukiwaniu swojego stada, od którego odłączyła się prawdopodobnie na łowy.
Obrałam na cel tylne lewe kopyto i wystrzeliłam z charakterystyczną dla mnie precyzją.
Kula dosięgła celu.
Samica zawyła, po czym bezwładnie opadła na piach.
- Super- rzucił Carter.- Kolacja.
Subskrybuj:
Posty (Atom)