Rozdział trzynasty?

Twarz Maata była spokojna.
Amy podniósł się. On również chwiał się na nogach.
- Coyote, kurwa. Zabierz ich stąd. To nie jest przeciwnik na ich poziomie.
Ale Coyote go nie słuchał. Wpadł w furię. W jego dłoni znalazł się nagle krótki nóż.
Carter stał jak sparaliżowany.
Maat uśmiechnął się.
- No dalej- zachęcił go.- Jeśli go nie powstrzymasz, on umrze.
- Co masz na myśli?- spytał Carter.
- To nie ja ich pokonałem- wskazał resztę.- To ON.
Na horyzoncie pojawił się cień. Był ogromny.
- Czy to?
- Jigar? Ależ skąd.To Faris.
Stwór był przerażająco szybki.
- Ale... Musimy ich stamtąd zabrać!
Maat pokręcił przecząco głową.
- Nie wychodźcie poza teren Bramy.
- I mamy ich tam zostawić?!
Carter sięgnął po broń.
- Jeśli będzie trzeba, pokonam to coś.
Loki przyjrzał się stworowi. Na jego twarzy zawitał szeroki uśmiech.
- Neto- zaczął.- Pamiętasz jak raz Generał się wkurzył, bo bez jego zgody wyruszyliśmy, żeby pokonać stwora nawiedzającego pobliską wioskę?
Skinęłam głową.
- Nie był to przypadkiem Faris?- spytałam.
Tym razem on skinął głową.
- Jak to?- zdziwił się Maat.- Przecież Faris jest na zbyt wysokim poziomie dla was.
- Może i tak, ale on jest sam, a my... Nie mamy już Mary ani Orcusa. Masz rację, Maat.
Carter roześmiał się.
- A po co nam oni?- spytał.- Poradzimy sobie bez Mary, bo ona i tak zawsze zostawała na Bramie. Poradzimy sobie bez Orcusa, bo on i tak nic wtedy nie zrobił, bo leżał w gorączce. Damy sobie radę Neto, bo MUSIMY. Musi nam się udać. Dla Coyote'a, Amy'ego, Marou i Dagona.
Skinęłam głową.
- Masz rację. Przepraszam.
- W porządku. A teraz chodźmy skopać tyłek Farisowi!
Loki uśmiechnął się.
- To przywołuje wspomnienia.
Wybiegliśmy spod bezpiecznej Bramy, zostawiając Coyote'a i zdezorientowaną Lilith.
Maat stanął nam na drodze.
- Nie wiem, jak pokonaliście tamtego Farisa, ale ten to zupełnie inna liga. Jest na poziomie... Conajmniej Paimona!
Carter wyszczerzył zęby w uśmiechu.
- Z Paimonami radzimy sobie bardzo dobrze.
Faris był już dość blisko.
- Carter! Idź z lewej!
Skinął głową i skierował się we wskazanym kierunku.
- Loki! Weź prawą stronę.
Zatrzymałam się. Stwór zrobił to samo. Bacznie obserwował każdy mój ruch. Zrobiłam krok w przód. Faris stał w miejscu.
- Carter, Loki- szepnęłam.- TERAZ!
Faris cofnął się. Loki wystrzelił. Carter skoczył na grzbiet stwora. Dalej wszystko działo się zbyt szybko. Obok mnie stanął Maat.
- Jestem pod wrażeniem. Udało się wam go unieruchomić. Co dalej?- spytał.
- Dalej muszę cię zostawić.
Wyciągnęłam zza pasa dwa noże, skoczyłam i wbiłam je jak najwyżej. Faris zawył. Nie zwróciłam na to uwagi. Wspinałam się po jego pancerzu, raz za razem wyciągając i ponownie wbijając ostrza.
Farisy wyglądały jak lekko opierzone, ogromne pancerniki. Ich pancerze były bardzo miękkie i lekkie.
Carter był już przy uchu stworzenia.
Rzuciłam mu mały granat dźwiękowy. Odbezpieczył go, wrzucił do ucha zwierzęcia i zsunął się na dół.
Po chwili oboje byliśmy już na ziemi.
Jednak nadal nie było bezpiecznie. Obok mnie znalazł się Loki. Chwilę później dołączył do nas Carter. Granat wybuchł.
To była chwila. Faris zawył przeraźliwie, po czym zwalił się na ziemię. Podeszłam do niego i wyszarpnęłam swoje noże.
Maat otworzył szeroko oczy.
- Czyżbyś była Neto, córką Generała Fene Rohkea i siostrą Jomuela?- spytał.
- Znasz Jomuela?- zdziwiłam się.- Kim ty w ogóle jesteś?
- Jestem Maat- odparł.
- Fakt. Że też sama się nie domyśliłam.

Rozdział dwunasty?

Odgłosy dochodzące z zewnątrz budziły mnie kilka razy w nocy. Jednak rankiem nastała cisza. Wstałam i rozejrzałam się. Znajdowałam się w pomieszczeniu z wysokim dachem. Na ścianach były ślady zaschniętej krwi.
Po chwili wstałam i przeciągnęłam się. W kącie leżała zwinięta Lilith. Najwyraźniej jeszcze spała.
Moją uwagę przykuł hałas w kolejnym pomieszczeniu. Idąc w tamtą stronę potknęłam się o śpiwór Cartera. Coś syknęło. Kopnęłam śpiwór. Z jego wnętrza wypadła mała kulka sierści.
- Carter!- krzyknęłam.
Chłopak pojawił się z kubkiem wody w ręce i szczoteczką między zębami.
- Szo (Co)?
- Co tu robi Fred?- spytałam.
- Szpi (Śpi)- rzucił.
- To widzę. Ale dlaczego tutaj?
Uniósł dłoń, po czym zniknął. Po chwili pojawił się z małym ręcznikiem przy twarzy.
- Miałem go zostawić w wiosce? Według ciebie byłbym w stanie go zostawić na pastwę Saameda?- spytał.- A może z twoim ojcem?
Westchnęłam.
Nie byłby w stanie.
Zapadła niezręczna cisza.
- A co wy tacy ponurzy od rana?- spytał Coyote, przechodząc przez Bramę.
Nagle rozległ się krzyk.
Coyote obejrzał się i stanął jak wryty. Carter stanął obok niego w pełnej gotowości.
- Chyba będę potrzebował waszej pomocy- stwierdził ponuro Coyote.
Podeszłam do Bramy.
Na piasku stała postać. Dookoła niej stała reszta Pustynnych Węży. Zostali pokonani.
Odruchowo sięgnęłam po jeden z noży zatkniętych za pas.
Carter chwycił mnie za nadgarstek.
- Tym razem się przyjrzyj.
Spojrzałam na postać. Jej długie włosy były prawie białe. W dłoniach nie miała żadnej broni. Okryta była czarnym płaszczem. Postać odwróciła się w naszą stronę.
- Kto to?- spytałam.
Coyote zacisnął pięść.
- Me imię brzmi Maat- szepnęła postać.
Jej głos był donośny. Spojrzałam w puste oczy.
- Co to jest?- spytała zaspana Lilith.
- Maat- rzucił Carter.
W tym momencie Amy podniósł głowę.
- Coyote...- zaczął- Za-zabierz ich stąd.
Coyote przygryzł wargę.
- Na co czekasz?- spytał Amy.- ZABIERAJ ICH STĄD!
Marou wstał. Chwiał się na nogach i wyglądał, jakby zaraz miał upaść.
- Damy sobie z nim radę, więc się nie wtrącajcie.
Coyote opuścił wzrok, po czym podniósł go i hardo spojrzał w twarz Maata.
- Myślisz, że kim do cholery jesteś? Jakimś pierdolonym aniołem?- spytał.
- Jestem kimś więcej niż aniołem- stwierdził Maat.
- Tym gorzej dla ciebie, bo tak się składa, że ja, Coyote Ovela, nie wierzę w anioły!
Jego oczy płonęły wściekłością.
Spojrzałam na Cartera.
On też nigdy wcześniej nie widział takiego Coyote'a.

Rozdział jedenasty?

Amy spojrzał na mnie i uśmiechnął się.
- Neto, czekałem na ciebie- szepnął.
Moja dłoń instynktownie ruszyła w kierunku pasa.
- Nie rób tego.
Loki złapał mnie za nadgarstek.
- Przyjrzyj się.
Nie słuchałam go. W jednej chwili nóż znalazł się w mojej ręce i leciał w kierunku Amy'ego.
Chłopak westchnął.
Gdy ostrze było tuż przed jego twarzą, zatrzymał się. Na jego rękojeści spoczywała dobrze mi znana dłoń.
- Co ty do cholery robisz, Neto?- Carter z całą siłą rzucił nóż w ziemię.
- Ja...-zaczęłam.
- Daj spokój, Carter- uspokoił go Coyote.
- Ja na jej miejscu też bym tak zareagował- dodał Amy.
Podeszłam do Cartera i chwyciłam nóż.
- Nie wyciągniesz, bo...- zaczął.
Ale nie dałam mu skończyć. Szarpnęłam i wyrwałam nóż ze sporym kawałkiem... czegoś.
- Bo w coś się wbił... Się...
- Zauważyłam. Dzięki, Carter- warknęłam.
Obejrzałam znalezisko. Był to spory kawał drewna.
- Korzeń?- zdziwił się Loki.
- Na to wygląda- potwierdził czarnowłosy towarzysz Coyote'a.
- Nie o to mi chodzi. Skąd wziął się tutaj korzeń? Jeśli jest korzeń, to musi gdzieś być roślina- wyjaśnił.
Lilith podeszła do mnie i obejrzała korzeń.
- To nie byle jaki korzeń. Baobab- stwierdziła.
Spojrzeliśmy na nią, oczekując wyjaśnienia.
- Baobaby to drzewa, które w czasach Starożytnych były jednymi z najpotężniejszych na całym globie.
- Co z nich można mieć?- spytałam.
- Jeśli znaleźlibyśmy baobab, to jego owoce i liście rozwiązałyby problem pożywienia. Ale znalezienie w tych czasach drzew jest niemożliwe.
Coyote uśmiechnął się.
- Poszukajmy razem- zaproponował.- Ale to dopiero jutro.
- Zaczyna się ściemniać- dodał czarnowłosy Dagon.
Ruszył w stronę metalowej budy. Była podobna do Bramy. Ruszyliśmy za Dagonem. W środku czekał na nas ostatni Pustynny Wąż. Krótkie, ciemne włosy odgarnięto do tyłu tak, że całkowicie odsłaniały oliwkową twarz. Długa blizna zdobiła środek jego twarzy, przechodząc przez nos. Przyjrzałam się jego odzieniu. Ubrany był w czarną podkoszulkę i bojówki, które podtrzymywał pas ze skóry Chaców. Do pasa przytroczone miał oprócz bata liczne granaty dźwiękowe. Nie zauważyłam u niego żadnego noża, co było niemożliwe. Noże stanowiły podstawową formę obrony.
- Czy to nie córka Generała?- spytał.
- A ty to?- spytałam, starając się zachować obiektywny ton.
- Nikt ważny- odparł.
Coyote podszedł do Bramy i spojrzał w dal.
- Zbliżają się- szepnął.
Carter stanął koło niego i spojrzał w tym samym kierunku. Nagle zbladł.
- Co to do cholery jest?
Znikąd obok nich pojawił się Amy.
- To? Sfinksy.
Stanęłam obok nich, czego od razu pożałowałam. Zemdliło mnie na sam ich widok. Sfinksy okazały się być najokropniejszymi istotami stąpającymi po tej suchej i zniszczonej ziemi. Ich długie, gęste futro zlepione było krwią, czarne, aczkolwiek puste i ślepe oczy wzbudzały lęk, ostre, zżółkniałe zęby ociekały krwią, a długie uszy poruszały się, wychwytując każdy dźwięk.
- Czy coś takiego ma prawo istnieć?- spytała Lilith.
- Ukko, Paimon i wszystkie inne stwory, które pokonaliśmy są niczym w porównaniu z tym- szepnął Loki z podziwem.
Amy skinął głową.
- Wcale nie są takie silne- stwierdził "nikt ważny".
- Liczę na ciebie, Marou- Coyote uśmiechnął się.
Ciemnowłosy Marou wyszedł zza Bramy i ruszył w kierunku Sfinksów. Odbezpieczył jeden z granatów i rzucił w kierunku stworów. Ich zachowanie kompletnie mnie zdezorientowało. Nie cofnęły się, ale zaciekawione podeszły bliżej. Gdy znalazły się przy granacie, Marou wyciągnął z kieszeni małą kulkę i strzelił nią w najbliższego Sfinksa. Jak tylko znalazła się nad grupą stworów, wybuchła. Był to granat dźwiękowy najnowszej generacji. Był tak silny, że słyszeli go nawet ludzie.
- Wyobraź sobie ból, jaki muszą czuć istoty z mocno rozwiniętym narządem słuchu- szepnął Coyote.
Wzdrygnęłam się.
- Czy one...- zaczęłam.
Z uszy Sfinksów poleciała krew.
- Popękały im bębenki- wyjaśnił Dagon.- Sfinksy są ślepe, przez co mają niezwykle rozwinięty zmysł słuchu. Głuchy Sfinks nie ma prawa przeżyć.
Nagle rozległ się cichy pisk.
- Co to było?- spytał jak zawsze spokojny Loki.
- Echosonda- wyjaśnił Amy.- To tak Sfinksy "widzą".
- Ale... Głuchy nie powinien się nią posługiwać, prawda?- spytała przerażona Lilith.
Coyote skinął głową.
- Chłopcy, wkraczamy- rozkazał.
Piąty Oddział Pustynnych Węży wybiegł na piach. Każdy z nich walczył innym rodzajem broni. Oprócz tego mieli swoje baty, które były cechą rozpoznawczą ich oddziału. Marou sprawnie wykorzystywał właściwości broni dźwiękowej, Amy posługiwał się kijem do baseballa, Dagon walczył długim rapierem, a Coyote doskonale radził sobie z nożami wszelkiego rodzaju i bronią palną. Właśnie w tym momencie nadeszła pora na prezentację ich możliwości.
- Już dawno nie widziałem Pustynnych Węży w akcji- Carter był oczarowany.
Marou wrócił do nas.
- Lepiej zostańcie w środku- rzucił.- Pojawił się nowy Sfinks... Prawdopodobnie jest to Sfinks.
Wpisał szybko kod zamykający i wybiegł za Bramę. Chwilę później opadła na piach. Jednak nie była taka jak Główna Brama. Stała przed nami po prostu przezroczysta ściana.
- COYOTE!
Carter naparł na ścianę. Jednak ta pozostała niewzruszona.
- Cholera... Coyote...- głos mu się załamał.
W jego oczach pojawił się lęk. Carter bał się, że Coyote i jego oddział już nie wrócą.
W tym czasie Loki podszedł do panelu sterowania. Obejrzał go z każdej strony i wcisnął przypadkowe klawisze. Brama zgrzytnęła i uniosła się. Carter wystrzelił jak z procy.
- Skąd wiedziałeś jaki jest kod?- spytałam Lokiego.
Uniósł panel i obrócił go.
- Znalazłem go pod panelem- oznajmił z uśmiechem.
Uśmiechnęłam się i ruszyliśmy za Carterem.
Stał jak wryty na samym szczycie wydmy. Patrzył w dal.
Spojrzałam tam, gdzie on. Na tle horyzontu widniał ogromny cień. Wielkie skrzydła miały rozpiętość co najmniej siedmiu metrów. Wiatr rozwiewał długie, cienkie pióra.
- Jakie to...- urwałam, szukając odpowiedniego słowa.
- Wielkie- rzucił ponuro Carter.
Skinęłam powoli głową.
Ogromny stwór leciał powoli w naszą stronę. Nie wyglądał jakby się spieszył. Jednak nie wyglądał również jakby miał pokojowe zamiary. Zresztą nic tutaj nie było do nas pokojowo nastawione.
Zsunęłam się po piasku. Carter podążał za mną.
Nawet nie zauważyliśmy, kiedy wbiegliśmy między martwe cielska Sfinksów. Rozejrzałam się wokół. Wszędzie leżały trupy. To nie była walka Pustynnych Węży ze Sfinksami. To była jednostronna masakra. Na cmentarzysku wyróżniały się cztery sylwetki. Piąty Oddział Pustynnych Węży wpatrywał się z dumą w swoje dzieło.
- Jesteście potworami- podsumowała całą tę sytuację Lilith.
- Dziękuję- Coyote wyszczerzył zęby.
W tym momencie rozległ się wściekły ryk. Jego potęga uświadomiła mi niewielkość rasy ludzkiej.
Spojrzałam na wielkiego stwora. Był ogromny. Z całą pewnością przewyższyłby najwyższy budynek w Podziemiu. Nie widziałam go nigdy wcześniej, jednak wiedziałam czym był.
- Jigar- szepnęłam.
W blasku zachodzącego słońca dało się zobaczyć dokładnie jego inteligentne spojrzenie, ostre kły, długie, grube pazury, potężne skrzydła, a to wszystko skąpane w złotej sierści i płomiennych piórach. Jego wielkie, jasne oczy hipnotyzowały i sprawiały, że nie można było oderwać od nich wzroku. Był piękny, jednak był najniebezpieczniejszą istotą jaka dotąd chodziła po tym świecie.
Coyote złapał mnie za ramię i odciągnął na bok.
- Zmywamy się.
Skinęłam głową.
Przy wydmie czekał na nas Amy.
- Jest źle, Coyote. Nawet my nie damy rady z Jigarem.
- Zabierz Lilith, Lokiego, Cartera i Neto do środka. Zaraz do was dołączymy.
Amy skinął głową.
Carter spojrzał na mnie niepewnie.
- Idziemy- zadecydowałam.
Weszliśmy do środka. Amy stanął przy Bramie i obserwował Jigara. Carter zaniósł nasze bagaże do dalszej części. Lilith przetwarzała części ciał Sfinksów. Loki natomiast obserwował Jigara pod względem naukowym. Na tyle, na ile było możliwe, badał jego zachowania.
Nagle rozległ się pisk. Marou odpalił kolejny granat dźwiękowy. W przeciwieństwie do Sfinksów, Jigar nie zwrócił na to uwagi. Zauważył za to Coyote'a, Dagona i Marou. Biegli w naszą stronę.
- ZAMYKAJ!- krzyknął Coyote, gdy byli już blisko.
Amy dopadł do panelu sterowania i wpisał odpowiedni kod. Brama zaczęła opadać. W ostatniej chwili oddział Coyote'a wsunął się przez szczelinę.
Tym razem Brama była nieprzezroczysta.
- Miejmy nadzieję, że nie przejdzie przez naszą metrową, stalową ścianę- stwierdził Dagon.
Pół godziny później Brama ciągle stała w tym samym miejscu.
Oparłam się o ścianę.
- Dobranoc, Neto- szepnął Carter.
Ostatnim, co pamiętam z tamtego dnia były jego odchodzące kroki.

***

Wiem... Rozdział długi i może trochę nudny... A może właśnie za dużo się dzieje? No, nieważne.
Jeśli macie jakieś pytania odnośnie czegokolwiek (oczywiście dotyczącego Land of the Future), piszcie:
allienada@gmail.com

Rozdział dziesiąty?

Po tych słowach zapadła cisza.
Lilith cały czas była strasznie blada. Carter też był nieswój. Ale nie ma się co dziwić. Nawet tu rzadko spotyka się ludzkie trupy.
Jednak mnie dodawało to w pewien sposób otuchy. Tam, gdzie był trup, byli też ludzie. A tam, gdzie byli ludzie, znaleźć można schronienie i ciepły posiłek.
Szliśmy przed siebie przez kolejną godzinę.
Nagle Loki zatrzymał się.
- Co jest?- spytał Carter.
Blondyn uciszył go ruchem ręki. Następnie pochylił się nad ziemią i wskazał nam cienką, metalową żyłkę.
- Tylko jedna osoba takich używa- Carter wyraźnie się ucieszył.
Spojrzeliśmy na wzgórze przed nami. Stało tam czterech mężczyzn. Jeden z nich ruszył w naszą stronę.
- Coyote!- krzyknął Carter.
Coyote pomachał do niego.
- Co tu robicie?- spytał.
- Odkrywamy nowe tereny- wyjaśniłam.
- Długa Służba?- zdziwił się Coyote.
Skinęłam głową, na co gwizdnął z podziwem.
- I Fene się na to zgodził?
Uśmiechnęłam się zakłopotana.
- W sumie to nie miał wyboru.
Coyote uniósł brew.
- Więc zabierasz mojego małego Cartera tam gdzieś?- spytał.
Skinęłam głową.
- I idzie tylko wasza czwórka?- upewnił się.
Ponownie skinęłam głową.
- No to w porządku...
- A ty co tu robisz?- spytał podejrzliwie Loki.
Coyote zignorował go i ruszył w stronę swojego oddziału.
- Hej!- krzyknął Loki.
Piąty Oddział Pustynnych Węży odwrócił się od nas. Cała czwórka stała tyłem do nas.
- Coyote? Co się stało?
Zielonowłosy Amy, stojący po prawicy Coyote'a, spojrzał na nas przez ramię. W jego spojrzeniu kryło się rozbawienie.
- Co to za wypłosz?- spytał wkurzony Carter.
- Amy, prawa ręka twojego przyszywanego brata- rzuciłam.
- Nie kojarzę.
Amy uśmiechnął się, jakby słysząc naszą rozmowę. Było w nim coś niepokojącego.
- Kim on właściwie jest?- spytała Lilith.- Nie przypominam sobie, abym widziała go w wiosce.
- Bo nie był tam od ośmiu lat- wyjaśnił Loki.
Spojrzałam na niego zdziwiona.
- Jak to? To jest TEN Amy?!
Skinął głową.
W tym czasie oddział Coyote'a zniknął nam z oczu. Carter przyspieszył.
- Nie goń ich- rozkazałam.
Zignorował mnie.
- Carter!
Zacisnął zęby i zatrzymał się.
- Przykro mi, Neto, ale jest coś, co muszę zrobić- rzucił.
Pobiegł za Pustynnymi Wężami.
- Carter? Carter!
Ruszyłam za nim. Gdy dotarłam na wzgórze, zatrzymałam się. Chciałam iść dalej, jednak moje nogi odmówiły posłuszeństwa. Przed sobą widziałam plecy Amy'ego. W ręce trzymał specyficzną broń Pustynnych Węży.
- Amy? Gdzie jest ten idiota?- spytałam.
Koło mnie stanął Loki. Lilith została z tyłu.
- Amy, co tu się stało? Gdzie Carter?
Amy odwrócił się powoli. Jego koszula była zakrwawiona. Bat również. W drugiej dłoni trzymał zabrudzony kawałek materiału. Spojrzałam na jego twarz. Również była we krwi. Oczy miał zamknięte. Gdy je otworzył, cofnęłam się. W jego spojrzeniu kryła się żądza krwi.

Rozdział dziewiąty?

Stałam przed bramą, nie mogąc uwierzyć w to, co się właśnie stało. Mój własny brat wypchnął mnie na pastwę losu.
Lilith zaśmiała się.
- A więc to tak zacznie się nasza podróż.
- Nie byłaś jeszcze nigdy tutaj, prawda?- spytał Loki.
Pokręciła głową.
- Tu jest niesamowicie!
Chciałabym pałać takim zapałem jak ona, ale każdy, kto spędził choć jedną noc na powierzchni, nie mógł sobie na to pozwolić. Wysokie zaspy kryły wiele stworzeń, które wypełzały pod osłoną nocy. Także pozornie bezpieczne jaskinie były piekłem. Jedynym schronieniem były wysoko położone punkty, jednak i tam nie było pewności, że uda się przeżyć noc.
Zmarszczyłam nos i z całej siły kopnęłam wielkie, metalowe wrota.
- Niech cię szlag, Jomuel!- krzyknęłam, jednak brama pozostała na swoim miejscu.
Carter uśmiechnął się.
- Idziemy?- spytał.
- A co innego możemy robić?- warknęłam.
Loki uwiesił się na nas.
- Zawsze możemy czekać, aż coś nas zje- zaśmiał się.
Dotarło do mnie, że to koniec życia jakiego znałam i początek czegoś zupełnie nowego. Zupełnie mi to odpowiadało i tylko jedno mnie martwiło. Mianowicie ile czasu minie, zanim będziemy musieli walczyć?
Odsunęłam na bok czarne myśli i uśmiechnęłam się. Ruszyliśmy przed siebie.
Kusiło mnie, aby jeszcze raz spojrzeć na bramę, jednak byłoby to sprzeczne z zasadami Dzieci Pustyni.
- Nie oglądaj się za siebie...
Lilith podbiegła do przodu i odwróciła się twarzą w naszą stronę.
- To dokąd idziemy?- spytała.
Loki wzruszył ramionami. Cała trójka spojrzała na mnie jak na dowódcę.
- No co? Nie jestem już waszym dowódcą. Sami musicie zdecydować...
Carter roześmiał się.
- Pamiętaj Neto, że przywódcą Drugiego Oddziału Dzieci Pustyni jest się do końca.
- Ale koniec Dzieci Pustyni nastąpił niecałą godzinę temu- przypomniałam mu.
Prychnął.
- Więc co tu robimy?- spytał.
Loki uśmiechnął się.
- On ma rację, Neto. Nawet jeśli rozwiązałaś oddział, to ciągle jesteśmy Dziećmi Pustyni.
Nagle Lilith pisnęła.
Odruchowo wyciągnęłam zza pasa dwa noże, Loki chwycił swoją ulubioną broń- mały pistolet o długiej lufie, a Carter wybiegł w przód, ściskając w ręce masywny łańcuch. Po chwili zniknął mi z pola widzenia.
- W porządku- usłyszałam, po czym skierowaliśmy się w stronę, w którą podążał Carter.
Chłopak stał na piachu parę metrów od nas. Obejmował ramieniem przerażoną Lilith.
- Co się stało?- spytałam.
Spojrzałam na Lilith. Była strasznie blada. Wielkie oczy patrzyły na mnie z przerażeniem. Cała drżała.
- Zabierz mnie stąd...- szepnęła.
Loki spojrzał na nią pytająco.
- Nie chcę tu być... ZABIERZ MNIE STĄD, NETO!
- Carter, co się stało?- powtórzyłam.
Odwrócił wzrok.
- To coś- kopnął leżące na piachu truchło- zabiło tamtego nieszczęśnika- wskazał zabrudzony szkielet. Jednak najbardziej martwi mnie to, że...- przełknął ślinę.
- Coś go zabiło- dokończył Loki.- I to całkiem niedawno.
- A to znaczy, że ciągle może tu być.
Lilith rozejrzała się nerwowo.
- Co to mogło być?
Loki obejrzał truchło i zmarszczył czoło.
- Sądząc po śladach... Marou lub Enlil.
Przygryzłam wargę.
- W którą stronę poszedł?- spytał Carter.
Loki wskazał kierunek, z którego przyszliśmy.
- Czyli... Nie ma się czym martwić?- spytała niepewnie Lilith.
Pokręciłam przecząco głową.
- Zawsze jest się czym martwić.
- To dosyć smutne- stwierdziła.
- Witaj w "świecie jutra"- mruknął Carter.