- Neto, czekałem na ciebie- szepnął.
Moja dłoń instynktownie ruszyła w kierunku pasa.
- Nie rób tego.
Loki złapał mnie za nadgarstek.
- Przyjrzyj się.
Nie słuchałam go. W jednej chwili nóż znalazł się w mojej ręce i leciał w kierunku Amy'ego.
Chłopak westchnął.
Gdy ostrze było tuż przed jego twarzą, zatrzymał się. Na jego rękojeści spoczywała dobrze mi znana dłoń.
- Co ty do cholery robisz, Neto?- Carter z całą siłą rzucił nóż w ziemię.
- Ja...-zaczęłam.
- Daj spokój, Carter- uspokoił go Coyote.
- Ja na jej miejscu też bym tak zareagował- dodał Amy.
Podeszłam do Cartera i chwyciłam nóż.
- Nie wyciągniesz, bo...- zaczął.
Ale nie dałam mu skończyć. Szarpnęłam i wyrwałam nóż ze sporym kawałkiem... czegoś.
- Bo w coś się wbił... Się...
- Zauważyłam. Dzięki, Carter- warknęłam.
Obejrzałam znalezisko. Był to spory kawał drewna.
- Korzeń?- zdziwił się Loki.
- Na to wygląda- potwierdził czarnowłosy towarzysz Coyote'a.
- Nie o to mi chodzi. Skąd wziął się tutaj korzeń? Jeśli jest korzeń, to musi gdzieś być roślina- wyjaśnił.
Lilith podeszła do mnie i obejrzała korzeń.
- To nie byle jaki korzeń. Baobab- stwierdziła.
Spojrzeliśmy na nią, oczekując wyjaśnienia.
- Baobaby to drzewa, które w czasach Starożytnych były jednymi z najpotężniejszych na całym globie.
- Co z nich można mieć?- spytałam.
- Jeśli znaleźlibyśmy baobab, to jego owoce i liście rozwiązałyby problem pożywienia. Ale znalezienie w tych czasach drzew jest niemożliwe.
Coyote uśmiechnął się.
- Poszukajmy razem- zaproponował.- Ale to dopiero jutro.
- Zaczyna się ściemniać- dodał czarnowłosy Dagon.
Ruszył w stronę metalowej budy. Była podobna do Bramy. Ruszyliśmy za Dagonem. W środku czekał na nas ostatni Pustynny Wąż. Krótkie, ciemne włosy odgarnięto do tyłu tak, że całkowicie odsłaniały oliwkową twarz. Długa blizna zdobiła środek jego twarzy, przechodząc przez nos. Przyjrzałam się jego odzieniu. Ubrany był w czarną podkoszulkę i bojówki, które podtrzymywał pas ze skóry Chaców. Do pasa przytroczone miał oprócz bata liczne granaty dźwiękowe. Nie zauważyłam u niego żadnego noża, co było niemożliwe. Noże stanowiły podstawową formę obrony.
- Czy to nie córka Generała?- spytał.
- A ty to?- spytałam, starając się zachować obiektywny ton.
- Nikt ważny- odparł.
Coyote podszedł do Bramy i spojrzał w dal.
- Zbliżają się- szepnął.
Carter stanął koło niego i spojrzał w tym samym kierunku. Nagle zbladł.
- Co to do cholery jest?
Znikąd obok nich pojawił się Amy.
- To? Sfinksy.
Stanęłam obok nich, czego od razu pożałowałam. Zemdliło mnie na sam ich widok. Sfinksy okazały się być najokropniejszymi istotami stąpającymi po tej suchej i zniszczonej ziemi. Ich długie, gęste futro zlepione było krwią, czarne, aczkolwiek puste i ślepe oczy wzbudzały lęk, ostre, zżółkniałe zęby ociekały krwią, a długie uszy poruszały się, wychwytując każdy dźwięk.
- Czy coś takiego ma prawo istnieć?- spytała Lilith.
- Ukko, Paimon i wszystkie inne stwory, które pokonaliśmy są niczym w porównaniu z tym- szepnął Loki z podziwem.
Amy skinął głową.
- Wcale nie są takie silne- stwierdził "nikt ważny".
- Liczę na ciebie, Marou- Coyote uśmiechnął się.
Ciemnowłosy Marou wyszedł zza Bramy i ruszył w kierunku Sfinksów. Odbezpieczył jeden z granatów i rzucił w kierunku stworów. Ich zachowanie kompletnie mnie zdezorientowało. Nie cofnęły się, ale zaciekawione podeszły bliżej. Gdy znalazły się przy granacie, Marou wyciągnął z kieszeni małą kulkę i strzelił nią w najbliższego Sfinksa. Jak tylko znalazła się nad grupą stworów, wybuchła. Był to granat dźwiękowy najnowszej generacji. Był tak silny, że słyszeli go nawet ludzie.
- Wyobraź sobie ból, jaki muszą czuć istoty z mocno rozwiniętym narządem słuchu- szepnął Coyote.
Wzdrygnęłam się.
- Czy one...- zaczęłam.
Z uszy Sfinksów poleciała krew.
- Popękały im bębenki- wyjaśnił Dagon.- Sfinksy są ślepe, przez co mają niezwykle rozwinięty zmysł słuchu. Głuchy Sfinks nie ma prawa przeżyć.
Nagle rozległ się cichy pisk.
- Co to było?- spytał jak zawsze spokojny Loki.
- Echosonda- wyjaśnił Amy.- To tak Sfinksy "widzą".
- Ale... Głuchy nie powinien się nią posługiwać, prawda?- spytała przerażona Lilith.
Coyote skinął głową.
- Chłopcy, wkraczamy- rozkazał.
Piąty Oddział Pustynnych Węży wybiegł na piach. Każdy z nich walczył innym rodzajem broni. Oprócz tego mieli swoje baty, które były cechą rozpoznawczą ich oddziału. Marou sprawnie wykorzystywał właściwości broni dźwiękowej, Amy posługiwał się kijem do baseballa, Dagon walczył długim rapierem, a Coyote doskonale radził sobie z nożami wszelkiego rodzaju i bronią palną. Właśnie w tym momencie nadeszła pora na prezentację ich możliwości.
- Już dawno nie widziałem Pustynnych Węży w akcji- Carter był oczarowany.
Marou wrócił do nas.
- Lepiej zostańcie w środku- rzucił.- Pojawił się nowy Sfinks... Prawdopodobnie jest to Sfinks.
Wpisał szybko kod zamykający i wybiegł za Bramę. Chwilę później opadła na piach. Jednak nie była taka jak Główna Brama. Stała przed nami po prostu przezroczysta ściana.
- COYOTE!
Carter naparł na ścianę. Jednak ta pozostała niewzruszona.
- Cholera... Coyote...- głos mu się załamał.
W jego oczach pojawił się lęk. Carter bał się, że Coyote i jego oddział już nie wrócą.
W tym czasie Loki podszedł do panelu sterowania. Obejrzał go z każdej strony i wcisnął przypadkowe klawisze. Brama zgrzytnęła i uniosła się. Carter wystrzelił jak z procy.
- Skąd wiedziałeś jaki jest kod?- spytałam Lokiego.
Uniósł panel i obrócił go.
- Znalazłem go pod panelem- oznajmił z uśmiechem.
Uśmiechnęłam się i ruszyliśmy za Carterem.
Stał jak wryty na samym szczycie wydmy. Patrzył w dal.
Spojrzałam tam, gdzie on. Na tle horyzontu widniał ogromny cień. Wielkie skrzydła miały rozpiętość co najmniej siedmiu metrów. Wiatr rozwiewał długie, cienkie pióra.
- Jakie to...- urwałam, szukając odpowiedniego słowa.
- Wielkie- rzucił ponuro Carter.
Skinęłam powoli głową.
Ogromny stwór leciał powoli w naszą stronę. Nie wyglądał jakby się spieszył. Jednak nie wyglądał również jakby miał pokojowe zamiary. Zresztą nic tutaj nie było do nas pokojowo nastawione.
Zsunęłam się po piasku. Carter podążał za mną.
Nawet nie zauważyliśmy, kiedy wbiegliśmy między martwe cielska Sfinksów. Rozejrzałam się wokół. Wszędzie leżały trupy. To nie była walka Pustynnych Węży ze Sfinksami. To była jednostronna masakra. Na cmentarzysku wyróżniały się cztery sylwetki. Piąty Oddział Pustynnych Węży wpatrywał się z dumą w swoje dzieło.
- Jesteście potworami- podsumowała całą tę sytuację Lilith.
- Dziękuję- Coyote wyszczerzył zęby.
W tym momencie rozległ się wściekły ryk. Jego potęga uświadomiła mi niewielkość rasy ludzkiej.
Spojrzałam na wielkiego stwora. Był ogromny. Z całą pewnością przewyższyłby najwyższy budynek w Podziemiu. Nie widziałam go nigdy wcześniej, jednak wiedziałam czym był.
- Jigar- szepnęłam.
W blasku zachodzącego słońca dało się zobaczyć dokładnie jego inteligentne spojrzenie, ostre kły, długie, grube pazury, potężne skrzydła, a to wszystko skąpane w złotej sierści i płomiennych piórach. Jego wielkie, jasne oczy hipnotyzowały i sprawiały, że nie można było oderwać od nich wzroku. Był piękny, jednak był najniebezpieczniejszą istotą jaka dotąd chodziła po tym świecie.
Coyote złapał mnie za ramię i odciągnął na bok.
- Zmywamy się.
Skinęłam głową.
Przy wydmie czekał na nas Amy.
- Jest źle, Coyote. Nawet my nie damy rady z Jigarem.
- Zabierz Lilith, Lokiego, Cartera i Neto do środka. Zaraz do was dołączymy.
Amy skinął głową.
Carter spojrzał na mnie niepewnie.
- Idziemy- zadecydowałam.
Weszliśmy do środka. Amy stanął przy Bramie i obserwował Jigara. Carter zaniósł nasze bagaże do dalszej części. Lilith przetwarzała części ciał Sfinksów. Loki natomiast obserwował Jigara pod względem naukowym. Na tyle, na ile było możliwe, badał jego zachowania.
Nagle rozległ się pisk. Marou odpalił kolejny granat dźwiękowy. W przeciwieństwie do Sfinksów, Jigar nie zwrócił na to uwagi. Zauważył za to Coyote'a, Dagona i Marou. Biegli w naszą stronę.
- ZAMYKAJ!- krzyknął Coyote, gdy byli już blisko.
Amy dopadł do panelu sterowania i wpisał odpowiedni kod. Brama zaczęła opadać. W ostatniej chwili oddział Coyote'a wsunął się przez szczelinę.
Tym razem Brama była nieprzezroczysta.
- Miejmy nadzieję, że nie przejdzie przez naszą metrową, stalową ścianę- stwierdził Dagon.
Pół godziny później Brama ciągle stała w tym samym miejscu.
Oparłam się o ścianę.
- Dobranoc, Neto- szepnął Carter.
Ostatnim, co pamiętam z tamtego dnia były jego odchodzące kroki.
***
Wiem... Rozdział długi i może trochę nudny... A może właśnie za dużo się dzieje? No, nieważne.
Jeśli macie jakieś pytania odnośnie czegokolwiek (oczywiście dotyczącego Land of the Future), piszcie:
allienada@gmail.com
allienada@gmail.com
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz