Rozdział ósmy?

Moja decyzja wstrząsnęła wioską jak wiosenne trzęsienia ziemi. Nikt nie spodziewał, się, że najlepszy oddział (pomimo tego, że najmłodszy) zostanie rozwiązany.
- To nie ty o tym decydujesz, młoda damo.
Prychnęłam.
- Jestem dowódcą tego oddziału i wydaje mi się, że to jednak ja o tym decyduję. I zdecydowałam! Drugi Oddział Dzieci Pustyni zostaje rozwiązany, a ja wyruszam na Długą Służbę.
Moje słowa dudniły echem wśród piaszczystych kolumn.
Uśmiechnęłam się, po czym ruszyłam w stronę swojej kwatery. Bo przecież muszę się spakować.
Przed domem czekała na mnie Mara. Wyglądała na zatroskaną.
- Nie będę mogła z wami iść- wyszeptała smutno.
- O co chodzi?
- Pamiętasz, jak mówiłam ci, że Amon był medykiem?- spytała i nie czekając na odpowiedź kontynuowała.- On... Pomógł mi w trudnym momencie. Miałam coś z sercem i nikt nie potrafił mi pomóc. Potem trafiłam na niego i on... Uleczył moje serce, jednak to było tymczasowe i wymagało odnowienia... Z upływem czasu coraz częściej się do niego udawałam. I... Nie zostało mi wiele czasu.
- Odnajdę Amona- obiecałam, zanim zdałam sobie sprawę, z tego, co robię.- Przyrzekam!
Westchnęła z ulgą.
- Dziękuję- wyszeptała i łzy popłynęły z jej oczu.
Położyłam dłoń na jej ramieniu i ruszyłam dalej.Weszłam do długiego korytarza i skierowałam się na koniec. Były tam czarne drzwi, przez które weszłam do środka. Położyłam paczkę od Lilith na niskim stoliku i przeszłam do sypialni. Zza materaca wyjęłam średniej wielkości plecak i zaczęłam się pakować. Piętnaście minut później skończyłam, i, omiótłszy wzrokiem wszystkie szafki, półki i inne miejsca, pozamykałam wszystko dokładnie i po raz ostatni (przynajmniej na dłuższy czas) przeszłam przez próg mojego domu. Zacisnęłam pięść na małym kluczyku, który pasował do każdego zamka w moim mieszkaniu, i skierowałam się do windy.
W całkowitej ciszy wjechałam do wartowni. Gdy drzwi otworzyły się, moim oczom ukazała się ciemność. Instynktownie skierowałam się do głównego zamka.
W tym momencie drzwi same otworzyły się. Za nimi stali Carter i Loki. Uśmiechnęłam się do nich.
- Jesteście pewni?- spytałam.
- Czemu taka zabawa miałaby nas ominąć?- spytał Loki.
Obok mnie stanęła Lilith.
- Ruszamy?- spytała.
- Orcus?
Carter pokręcił przecząco głową.
- Został, aby opiekować się Marą. Uznał, że skoro i tak walczy najgorzej z nas wszystkich, to będzie bardziej użyteczny tutaj.
Uśmiechnęłam się smutno.
- Musimy się jakoś nazwać- stwierdziła Lilith po chwili.- Co sądzicie o Legalnej Innej Luźnej Indywidualnej Trupie Herosów? W skrócie Lilith.
Loki roześmiał się. Jego wesoły i niosący nadzieję śmiech unosił się w powietrzu przez dłuższy czas.
- Nie za bardzo czujesz się jedną z nas?- spytał Carter.
Zmarszczyła czoło i prychnęła.
- To wy jeszcze tutaj, Dzieci Pustyni?- za moimi plecami rozległ się głos.
Momentalnie odwróciłam się i stanęłam twarzą w twarz z Jomuelem.
- Generał Rohkea zaraz to wpadnie ze swoją obstawą, więc jeśli chcecie się zmywać, to teraz.
Prychnęłam.
- Serio, Neto- rzucił.- Po kim jak po kim, ale po tobie to bym się więcej spodziewał. Zwykłe "dzięki" by wystarczyło.
- Dzięki, a teraz spadaj- rzucił Loki.- Skoro Fene tu idzie, to wpadnie w szał, jak ciebie też tu zobaczy...
- Nie żeby coś, ale to ja wróciłem żywy po dwóch miechach tam- wskazał ręką pustynię, po czym wypchnął nas na zewnątrz i z uśmiechem zatrzasnął bramę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz