Stałam przed bramą, nie mogąc uwierzyć w to, co się właśnie stało. Mój własny brat wypchnął mnie na pastwę losu.
Lilith zaśmiała się.
- A więc to tak zacznie się nasza podróż.
- Nie byłaś jeszcze nigdy tutaj, prawda?- spytał Loki.
Pokręciła głową.
- Tu jest niesamowicie!
Chciałabym pałać takim zapałem jak ona, ale każdy, kto spędził choć jedną noc na powierzchni, nie mógł sobie na to pozwolić. Wysokie zaspy kryły wiele stworzeń, które wypełzały pod osłoną nocy. Także pozornie bezpieczne jaskinie były piekłem. Jedynym schronieniem były wysoko położone punkty, jednak i tam nie było pewności, że uda się przeżyć noc.
Zmarszczyłam nos i z całej siły kopnęłam wielkie, metalowe wrota.
- Niech cię szlag, Jomuel!- krzyknęłam, jednak brama pozostała na swoim miejscu.
Carter uśmiechnął się.
- Idziemy?- spytał.
- A co innego możemy robić?- warknęłam.
Loki uwiesił się na nas.
- Zawsze możemy czekać, aż coś nas zje- zaśmiał się.
Dotarło do mnie, że to koniec życia jakiego znałam i początek czegoś zupełnie nowego. Zupełnie mi to odpowiadało i tylko jedno mnie martwiło. Mianowicie ile czasu minie, zanim będziemy musieli walczyć?
Odsunęłam na bok czarne myśli i uśmiechnęłam się. Ruszyliśmy przed siebie.
Kusiło mnie, aby jeszcze raz spojrzeć na bramę, jednak byłoby to sprzeczne z zasadami Dzieci Pustyni.
- Nie oglądaj się za siebie...
Lilith podbiegła do przodu i odwróciła się twarzą w naszą stronę.
- To dokąd idziemy?- spytała.
Loki wzruszył ramionami. Cała trójka spojrzała na mnie jak na dowódcę.
- No co? Nie jestem już waszym dowódcą. Sami musicie zdecydować...
Carter roześmiał się.
- Pamiętaj Neto, że przywódcą Drugiego Oddziału Dzieci Pustyni jest się do końca.
- Ale koniec Dzieci Pustyni nastąpił niecałą godzinę temu- przypomniałam mu.
Prychnął.
- Więc co tu robimy?- spytał.
Loki uśmiechnął się.
- On ma rację, Neto. Nawet jeśli rozwiązałaś oddział, to ciągle jesteśmy Dziećmi Pustyni.
Nagle Lilith pisnęła.
Odruchowo wyciągnęłam zza pasa dwa noże, Loki chwycił swoją ulubioną broń- mały pistolet o długiej lufie, a Carter wybiegł w przód, ściskając w ręce masywny łańcuch. Po chwili zniknął mi z pola widzenia.
- W porządku- usłyszałam, po czym skierowaliśmy się w stronę, w którą podążał Carter.
Chłopak stał na piachu parę metrów od nas. Obejmował ramieniem przerażoną Lilith.
- Co się stało?- spytałam.
Spojrzałam na Lilith. Była strasznie blada. Wielkie oczy patrzyły na mnie z przerażeniem. Cała drżała.
- Zabierz mnie stąd...- szepnęła.
Loki spojrzał na nią pytająco.
- Nie chcę tu być... ZABIERZ MNIE STĄD, NETO!
- Carter, co się stało?- powtórzyłam.
Odwrócił wzrok.
- To coś- kopnął leżące na piachu truchło- zabiło tamtego nieszczęśnika- wskazał zabrudzony szkielet. Jednak najbardziej martwi mnie to, że...- przełknął ślinę.
- Coś go zabiło- dokończył Loki.- I to całkiem niedawno.
- A to znaczy, że ciągle może tu być.
Lilith rozejrzała się nerwowo.
- Co to mogło być?
Loki obejrzał truchło i zmarszczył czoło.
- Sądząc po śladach... Marou lub Enlil.
Przygryzłam wargę.
- W którą stronę poszedł?- spytał Carter.
Loki wskazał kierunek, z którego przyszliśmy.
- Czyli... Nie ma się czym martwić?- spytała niepewnie Lilith.
Pokręciłam przecząco głową.
- Zawsze jest się czym martwić.
- To dosyć smutne- stwierdziła.
- Witaj w "świecie jutra"- mruknął Carter.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz